czwartek, 2 sierpnia 2012


Ze smutku, że nie słyszę go z Londynu, zaczęłam codziennie o północy słuchać naszego hymnu w Radiu Maryja. I tak sobie myślę...
'dał nam przykład Bonaparte
jak zwyciężać mamy'
Może Polacy nie bardzo potrafią coś wygrać, bo w całym narodzie nie znalazł się nikt, z kogo w tej dziedzinie warto byłoby wziąć przykład? Bo Bonaparte, Francuz, pokazał nam, jak mamy zwyciężać, ale z naszych mało komu się to udało? Może mamy narodową inklinację do porażki i tragedii - ostatnie dwa lata krajowych wydarzeń w zasadzie by to potwierdzały...
A potem, w tym samym radiu, słucham tej pięknej i cudownej Bogurodzicy, która wszak jest po polsku, a nie według standardów obowiązujących  w chwilach, gdy szalała na listach przebojów, po łacinie i myślę sobie: hola, hola! Przecież mamy piękne zwycięskie tradycje, nie tylko te z rycerskimi pieśniami związane. Przecież umiemy walczyć i tę walki rozstrzygać na swoją korzyść. 
A jednak coś nie działa. Może przydałby nam się, na fińską modłę, narodowy program odnowy sportu? Sztab najlepszych krajowych specjalistów, wycofanie się na trochę, stworzenie nowych systemów? Ktoś mądry i cieszący się estymą powinien się poważnie zastanowić, jak to wszystko rozwiązać. Bo aż się serce kraje od patrzenia na te wszystkie klęski. Nie jestem jak Grek Zorba i nie podzielam sławetnego Jaka piękna katastrofa!. Ani swojskiego nic się nie stało, słyszanego zewsząd w ostatnich dniach. 
A propos, wiele osób, które to hasło podchwyciło podczas przegranego Euro 2012, chyba nie zdaje sobie sprawy z genezy tej przyśpiewki. Siatkarzom te słowa zaczęto nucić w rzadkich chwilach słabszych momentów gry, ale, szerzej patrząc, oni wtedy w y g r y w a l i *. Więc wtedy miało to sens, bo faktycznie nic wielkiego się nie działo, kiedy tracili kilka punktów. Natomiast stosowanie ładnie brzmiącego nic się nie stało w stanie permanentnych klęsk jest nie tylko robieniem dobrej miny do złej gry, ale wręcz błazenadą niskich lotów i obniżaniem ambicji, a co za tym idzie - narodowego poczucia wartości. Bo skoro nic się nie stało, kiedy Polacy na Euro zajęli ostatnie miejsce w grupie, nic się nie stało, kiedy polska pływacka żeńska sztafeta ośmieszyła się na londyńskiej pływalni, nic się nie stało, kiedy nasza druga rakieta świata odpadła w pierwszej rundzie olimpijskiego turnieju - to chyba znaczy, że tak naprawdę nie wierzymy, że ktokolwiek z nich mógłby coś osiągnąć. Albo, próbując to ugryźć z drugiej strony : bardzo byśmy chcieli, żeby coś w końcu się stało, a tu - nic się nie dzieje. Polacy pojechali do Londynu, a tam... nic się nie stało.
Mogliśmy z siatkarskich trybun przejąć do użytku powszechnego inną przyśpiewkę. Na przykład Asa chcemy, asa!. Bo nie wiem, jak Wy, ale ja jakiegoś asa (z rękawa) w tych olimpijskich zmaganiach naprawdę potrzebuję. Więc, kończąc, polskim sportowcom, Wam i sobie życzę na najbliższe dni przede wszystkim dobrego rozdania. Sama pokerowa twarz na dłuższą metę się nie sprawdza.


*(uf, teoria, że nie miał nam kto pokazać, jak wygrywać, upada, dzięki Bogu!)

środa, 18 lipca 2012

A bo zaczęłam publikować z innymi na portalu tworpis.pl. Dopiero raczkuje, jest zupełnie świeży i na razie mało kto go odwiedza, ale może wpadniecie i zostaniecie na dłużej?
Tutaj mój felieton "Słuchajcie, a znajdziecie!", a tutaj opowiadanie pisane kiedyś na kolanie i nie najwyższych lotów, ale może się spodoba. :)

niedziela, 15 lipca 2012

Jest niedziela, na szczęście nie ma słońca, piję Frappe według przepisu Różczki z reklamy, czekam, aż na megavideo załaduje się kolejny odcinek Breaking Bad, słucham Cibelle i... Coś mi się przypomina. Krótki kawałek, opisik, nie-wiadomo-co, powstałe między podlewaniem paprotki i draceny, zapisane na papierze śniadaniowym, bo nic innego się do tego nie nadało.
Więc jeśli Wam też leniwie i pijecie kawę - zapraszam do lektury.

*** 

Każdy zegar wskazuje inną godzine, ale żaden nie wskazuje poprawnej. Mieszkanie mojej babci na Kleeberga aktualnie stoi puste w związku z corocznym firlejowskim wywczasem właścicielki. Kontrolę nad domem przejęły zatem rzeczy, wierni przyjaciele matki mojego ojca. Wielkie meksykańskie sombrero przywiezione kilkanaście lat temu z Hiszpanii. Mnóstwo sztucznych kwiatów sprytnie i zgrabnie oplatających rury ciepłownicze, szpetną starą ramę lustra i spore pękniecie w niepewnej żółtej farbie na ścianie. Porozrzucane niedorozwiązane krzyżówki, plany kolejnych haftów (Christus regem, pojawia się na zdecydowanej większości wzorów, chociaż urocze serwetki nie dają za wygraną; aktem traktatu pokojowego okazuje się tu serwetka z Jezusem). Zwiędnięty doszczętnie bukiet z goździków – prawdopodobnie zawędrował tu z okazji Dnia Matki. Barek pełen domowego alkoholu (śliwkówka pierwsza klasa – wasze zdrowie!). Otwarta gorzka jak codzienne szare życie emerytki z kotem czekolada. Zakurzony telewizor między pustymi wazonami – nie ma już zbyt wielu okazji do przyjmowania kwiatów, a dwójka (w zasadzie – trójka, hm) dzieci sama tych szklanych skorup nie zapełni. Na środku pokoju przedłużacz z trzema wolnymi gniazdkami czuwającymi w gotowości do nawiązania łączności ze światem. Brudna ściereczka w kwiaty na ażurowym obrusie – pewnie coś się wylało; często się wylewa. Dwie żółte świeczki z baziami, bo przecież Wielkanoc była tak niedawno... Ostatnio wszystko wydaje się niedawno. Komplet starodawnych filiżanek i kieliszki do wszelkiego rodzaju alkoholu za niedomkniętym szkłem. Cicha sypialnia. Tu rzadko otwiera się okno, żeby zgiełk samochodów z Andersa i Turystycznej nie zechciał przypadkiem wpaść i zostać na dłużej. Drapak dla kota na środku pokoju, bo kot wreszcie zaczął odwiedzać inne przestrzenie mieszkania niż ciemne kąty i szuflady. Sporo książek, głównie popularnych romansideł z promocji w Reader’s Digest, ale też dzieła zebrane Sienkiewicza, tomów siedemnaście, i  Mickiewicza, tomów trzy (docelowo powinny być cztery, ale jeden pożyczyłam jakoś na początku liceum i zapomniałam oddać). Gdzieś między tymi tomiszczami podręcznik do esperanto, bo będąc młodą dziewczyną, babcia doświadczyła głębokiej fascynacji ideą Zamenhofa. Przy samym łóżku obok lampki nocnej ustawionej na pomysłowo ozdobionym w duchu „zrób coś z niczego” pudełku po butach „Przeminęło z wiatrem”, tomów trzy, i niezidentyfikowana książka Dołęgi-Mostowicza. Dzieło Margaret Mitchell, tym razem w wersji kinowej na DVD, o półkę wyżej, podobnie jak kasety magnetofonowe skazane na powolną śmierć, bo zdecydowanie nie znajdzie się tu odpowiedni odtwarzacz. Drewniana drapaczka do pleców z wypalonym napisem „Zakopane 2003”, z czasów F. i wczasów PKP. Na ścianie zdjęcia starszych wnucząt, dziwnie i zaskakująco moja fotografia z komunii jest na samym środku. To pewnie nic nie znaczy, ale dziś dorabiam sobie ideologię dla własnych potrzeb. W papierowym pudełku po czekoladkach z Solidarności skrawki materiałów i przybory do szycia, a dokładnie naprzeciwko ohydna i kiczowata stara waza służąca za puzderko na biżuterię. Zabawki kota to tu, to tam. Zafoliowany koszyk muszelek made in Bangladesh – typowa pamiątka z wczasów nad Bałtykiem. Maszyna do szycia w ciężkim, mocarnym pudle na składanym biurku, śladzie po dawnych czasach, kiedy ten pokój zajmował P. Jak przez mgłę pamiętam go robiącego tu długaśne ściągi, czemu wszyscy się dziwiliśmy, bo jeszcze nie chodziliśmy do szkoły. Niedługo potem poszliśmy i przestaliśmy się dziwić. Kolorowo ilustrowana książka z przepisami na nalewki, idealna lektura na deszczowa popołudnia na werandzie w lesie – czemu więc została tutaj? Przedszkolne korale z pomalowanego plakatówkami makaronu, wyprodukowane najprawdopodobniej przez Ł., bo ja nigdy nie byłam dobra w te klocki. Absolutny hit – ekranizacja „Kłamczuchy” na VHS! Rarytas, bo to przecież jedyna ekranizacja, na jaką zgodziła się Małgorzata Musierowicz.
A gdy wychodzę, jeszcze Puzzle 1000 kawałków, których chyba nikt w tym mieszkaniu nawet nie próbował ułożyć. Cóż poradzę, kiedy wolę układać inne, zamierzenie czy niezamierzenie, z lepszym czy gorszym skutkiem. Wyraźnie zapodziało mi się kilku kawałków – na przykład, gdzie podziało się zdjęcie D., Nigeryjki, którą babcia otoczyła opieką w ramach Adopcji Serca? Oprawione w najładniejszą ramkę, zawsze budziło naszą zazdrość. W łazience nie ma nieśmiertelnych ciężkich perfum Celine Dion. W ogóle nie ma żadnych perfum. A laurki z milionów dni babć, imienin i świąt? Kolekcja wygasła wraz z naszym zapałem odwrotnie proporcjonalnym do wieku, ale dawniej była imponująca. Czy już ją przemielono na papier toaletowy?...
Papier toaletowy, chleb i ser żółty. Następna stacja – sklep wielobranżowy.
Czas wracać do domu. Przyszłam tu tylko podlać kwiatki.

Lublin, 15 czerwca 2012

środa, 20 czerwca 2012

(Może głodnemu chleb na myśli, ale tytułowa kolejka po zapoznaniu się z tym i z tym skojarzyła mi się z zaplanowaną na kiedyś-w-wakacje alkogrą Australia - Samoa Zachodnie... To słowo w kontekście futbolu nie może być przypadkowe.)

Ostatnie osiem spotkań podobało mi się najmniej, może dlatego, że emocje zdecydowanie o(d)padły po naszej porażce z Czechami i kilku innych wynikach, które mnie szczerze zasmuciły. Z oczywistych względów nie oglądałam wszystkich spotkań, bo jestem zbyt leniwa, żeby śledzić dwa mecze równocześnie, więc wybieram te dla mnie bardziej emocjonujące albo te, które komentuje Jacek Laskowski. A propos komentatorów - po fazie grupowej podzielam przesłanie zasłyszanej w krakowskiej strefie kibica przyśpiewki Ch** ci na imię, Szpakowski ty sk****synie! Nasza największa gwiazda stadionowego mikrofonu jest bowiem w moim mniemaniu rażąco niekompetentna, nieelokwentna, stronnicza i nudna. Zalety: dobry głos. . . . . . . Koniec.

Poziom moich skojarzeń z Euro z powodu dzisiejszej pogody i spędzenia trzech uroczych godzin w pełnym słońcu z ulotkami szkoły policealnej sprowadza się do 'Mesut Oezil na molo w Sopocie!!!!1!!1one1!! Mats Hummels, o, Theo Walcott! Bez ciebie nie idę... PIWO!!!' Dlatego oszczędzę Państwu i sobie tych katuszy. Miałam napisać podsumowanie trzeciej kolejki, ale zaprawdę, powiadam Wam: nie wiem, o czym. O fantastycznej bramce Zlatana? Owszem, naprawdę się postarał, było na co popatrzeć. O nieuznanej bramce Ukraińców? O uznanej bramce Hiszpanów ze spalonego? Owszem, zaistniały. Wypadałoby zapytać w takich chwilach, po co na boisku znajduje się tylu sędziów, skoro nie dostrzegają takich rzeczy. Ze słowiańskich drużyn w turnieju zostali więc jedynie Czesi, co strasznie mnie smuci, bo tak się dobrze zaczęło...
Ćwierćfinały będą fajne! Słowianie, chociaż nie są w wybitnej formie, mogliby ku mojej uciesze rozprawić się z Celtoiberami - skoro już przegraliśmy z nimi mecz o wszystko, to niech teraz przynajmniej daleko zajdą. Jeśli Niemcy nie wyrzucą Grecji z Euro, będę pić i płakać cały weekend, bo nie może być tak, że tego rodzaju drużyny odpadają. Taki piękny futbol przeciwko cwanym, leniwym draniom, którzy przy najbliższych zamieszkach w Atenach zdemolują Akropol! Mecz Hiszpania - Francja kreuje konflikt tragiczny - kto by nie wygrał, i tak będzie źle, jedna z dwóch najnudniejszych drużyn znajdzie się w półfinale, chce mi się płakać na samą myśl. Anglia - Włochy - nie wiem, co powiedzieć, nie kibicuję Anglikom, ale Theo Walcott... No, zastanowię się.
Miłych ćwierćfinałów!



(Ale słaby taki dzień bez meczu. Wybija z rytmu.)

niedziela, 17 czerwca 2012

To, co napiszę, ze sportem sensu stricto nie będzie miało wiele wspólnego.
Wczoraj - wielkie nerwy. Wielkie oczekiwania - po raz pierwszy w życiu, bo to był jednak najdłuższy piłkarski turniej z udziałem Polaków, odkąd nasze pokolenie śledzi Mundiale i Euro. Wreszcie mieliśmy się czym emocjonować przez cały czas trwania fazy grupowej, bo wszystko było możliwe do ostatniej minuty ostatniej kolejki. Przełamaliśmy smutny schemat z poprzednich takich imprez, kiedy traciło się nadzieję już na samym początku. Przez tych osiem dni było naprawdę pięknie, uwierzyliśmy, że może być jeszcze lepiej i mieliśmy do tego podstawy, chociaż... Polska reprezentacja jeszcze nie została ukształtowana, jeszcze nie wróciła na dobre tory, z których zboczyła kilkadziesiąt lat temu. Ale może dajmy jej jeszcze trochę czasu. Bo przecież wielkie sukcesy, osiągnięcia POTRZEBUJĄ CZASU. Ciężkiej pracy, potu, łez, po drodze wielu błędów i porażek. Może wreszcie ten turniej - z którego odpadamy ze smutkiem, ale przecież nie z towarzyszącym nam w latach 2002, 2006, 2008 zażenowaniem i nie w atmosferze skandalu, a raczej z (za)dumą i wdzięcznością - może więc ten turniej sprawi, że coś się zmieni. Może ktoś z ludzi, którzy o tym decydują, ruszy głową i wyciągnie budujące, a nie destrukcyjne jak dotąd wnioski. Bo czy z siatkarzami nie było podobnie?
"Przypomnij sobie czasy, w których uginaliśmy się przed Brazylią, a jak jest teraz, na wszystko potrzeba czasu i ciężkiej pracy." Jeszcze dekadę temu wcale nie byliśmy potęgą. Z oglądania siatkówki w dzieciństwie też pamiętam głównie porażki i to czasem dość sromotne. Ale coś się ruszyło. Nie nagle, po prostu zaczęły procentować jakieś reformy. I gdzie jesteśmy teraz? Teraz, po kilku złotych latach z medalami mistrzostw świata i Europy, Ligi Światowej i Pucharu Świata na szyi, pokonujemy w pięknym stylu Brazylię po raz trzeci w tym sezonie. 
Nie jestem ekspertem ani od siatkówki, ani od piłki nożnej. Jestem tylko kibicem, który obserwuje i widzi, że wszystko jest możliwe, ale nie natychmiast. 

Zaś obu naszym reprezentacjom jako kibic DZIĘKUJĘ. 
Piłkarzom - za to, że starali się jak mogli, żebyśmy byli z nich dumni. Za zaangażowanie. Za kilka naprawdę pięknych dni niesamowitych emocji. Siatkarzom - za to, że nas nie zawodzą, nie stoją w miejscu, tylko ciągle prą do przodu. I za to, że możemy się nazwać potęgą przez to, co robią.

Nie taki zatem smutny ten weekend, jak się to wydawało wczoraj około północy :)

piątek, 15 czerwca 2012

Zdecydowanie wpadłam w piłkoszał. 
Co prawda na ulicach mojej wsi i sąsiadującego z nią mojego miasta specjalnie nie wrze - na moją koszulkę w chorwacką kratę na mieście patrzono raczej sceptycznie poza entuzjastycznym powitaniem kolegów z uczelni - ale i tak dobrze się bawię. Ciekawy turniej, całkiem sporo bramek, zaskakujące rozwiązania, pogrom gwiazd - dzieje się, moi drodzy, dzieje się.

Krótkie podsumowanie drugiej kolejki, bardzo subiektywne.


Najciekawszy mecz: Szwecja 2 : 3 Anglia
Tego się nie spodziewałam. Ani szwedzki, ani angielski futbol nigdy nie budził mojego zachwytu i bardziej nudziłam się tylko na meczach Francuzów. Na początku zresztą było jak zawsze - podczas pierwszej połowy prawie zasnęłam, bo nic się nie działo. Najwyraźniej Erik Hamren w przerwie przemówił swoim piłkarzom do rozsądku i nagle się obudzili. I mnie też obudzili. I Anglików, którym miny zrzedły tylko na chwilę, a potem na boisku pojawił się Theo Walcott. Strzelił piękną bramkę i asystował przy jeszcze piękniejszej. Jestem pod wrażeniem, gdyby obie drużyny poprawiły skuteczność, to wynik byłby jakiś kosmiczny. Szwedzi jadą do domu, Zlatan pewnie okrutnie się złości, bo nie dość, że więcej nie pogwiazdorzy, to bramkę strzelił Mellberg, z którym ma na pieńku. Zaś Anglicy mogą jeszcze wiele zdziałać, a tyle się nasłuchałam (no, ciekawe od kogo?), że w ogóle powinni wszystko oddać walkowerem, bo nie ma kto grać, bo połamane nogi, kłótnie i śmierci w rodzinie. Widać dobrze im zrobił brak presji. 


Najnudniejszy mecz: Hiszpania 4 : 0 Irlandia
Tego wy się nie spodziewaliście. No jak to, tyle bramek, ta hiszpańska szkoła futbolu, no co ty gadasz!!! A ja się wynudziłam jak mops. Co z tego, że dużo goli, skoro wszystkie padły do tej samej bramki? A przez większą część meczu hiszpańskie gwiazdy, których nie lubię, podawały sobie piłkę bez większych utrudnień ze strony Irlandczyków. Wszyscy oczywiście są zachwyceni i wieszczą Hiszpanii obronę tytułu i Bóg wie co, może nawet mają rację, ale mnie się to nie podoba. Ciekawie na stadionie w Gdańsku zrobiło się od 85. minuty, kiedy irlandzcy kibice zaczęli śpiewać. Ciarki, aj, ciarki po plecach aż przeszły. Wielki szacun. Jeśli ktoś jakimś cudem nie słyszał:
Niesamowite.


Największa pozytywna niespodzianka: usuwam tę kategorię, bo w drugiej kolejce nie ma racji bytu, pozytywne niespodzianki mogą się wydarzać, kiedy jeszcze nic nie wiadomo, a teraz już jednak coś wiemy.


Największe rozczarowanie: Holandia 1 : 2 Niemcy
Chociaż w tym starciu kibicowałam Niemcom, smutno mi to pisać, bo pamiętam, jak fantastycznie grała Holandia dwa lata temu w RPA i aż żal patrzeć, jak bardzo wszystko im się posypało. Przez zdecydowaną część meczu nie byli w stanie skonstruować żadnej groźniejszej akcji, ożywili się na kwadrans, kiedy van Persie strzelił bramkę, ale - to już nie ta drużyna. Widać między nimi jakieś napięcia i niepewność, ładnie rozgrywają piłkę, ale kiedy przychodzi do strzału... Wiele jeszcze może się zdarzyć w grupie B, ale Holendrzy musieliby się totalnie zresetować i zbudować coś nowego. Czy będą w stanie? Nic na to nie wskazywało...


Najładniejsza bramka: Jakub Błaszczykowski, Polska 1 : 1 Rosja
Nie ma w ogóle nad czym się zastanawiać.
Jaki on boski, nasz Kubuś Błaszczykowski!!!


Największe rozczarowanie indywidualne: Cristiano Ronaldo
Obywatelu Ronaldo, weźcie mi powiedzcie, jak wy to robicie...* Co najmniej dwie bramkowe sytuacje z ogromnym potencjałem, a ten nie strzela. Co więcej, chodzi po boisku ze skrzywioną miną (identyczną jak osiem lat temu też na Euro) i złości się, jak do niego grają. Parabens!


Nagroda indywidualna: Theo Walcott
Zupełnie odwrócił losy meczu Szwecja - Anglia, naprawdę, dzięki niemu zaczęło się coś dziać. Poza tym - zupełna prywata - jego reakcja po strzelonym golu zupełnie mnie rozbroiła... Proszę się skupić na 0:10. Awwwww.

W sumie w tej kategorii miałam jeszcze kilku kandydatów, ale poczekam, może bardziej zasłużą w następnej kolejce albo jeszcze później. Chociaż chciałam też zwrócić uwagę na... albo nie, albo nie, bo zapeszę!!! Niech dalej gra tak, jak do tej pory, szczególnie jutro!


No, to trzymajcie się i nie dostańcie jutro zawału! Szkoda byłoby potem oglądać taki ciekawy ćwierćfinał w szpitalnym telewizorze na pieniądze.



*pozdrawiam 4c!

wtorek, 12 czerwca 2012

Nie mam nie mam nie mam czasu, ciągle zajęte wieczory, a tu ciągle coś trzeba robić, mimo że przecież nie mam sesji.
Ale oto krótkie podsumowanko pierwszej kolejki fazy grupowej Euro. 
Miałam to szczęście, że na samym początku tej szalonej imprezy miałam możliwość odwiedzenia prawdziwej kibicki w Krakowie (dzięki, D.!!!), gdzie czuć NIESAMOWICIE euroatmosferę. Ludzie w koszulkach reprezentacji z całego kontynentu śmiejący się na ulicach, holenderscy piłkarze pod Sheratonem (Dirk Kuyt porywający auto - bezcenny!) i gra w Irlande Duze Pła, ech... Strefa kibica zorganizowana średnio, ale mimo to warto było prawie spaść z ławki, wkurzać się na grubego kibica zasłaniającego telebim i doświadczyć innych niedogodności, żeby przeżyć z piętnastoma tysiącami ludzi moment, kiedy biało-czerwony wulkan wybucha po golu Lewandowskiego (a jeszcze bardziej chyba po obronie Tytonia).  Typowanie wyników nie poszło nam najlepiej, dlatego też nie wygraliśmy piwa w Gruzińskim Chaczapuri; swoją drogą, jeśli ktoś nie wie, gdzie obejrzeć mecz w Krakowie - gorąco polecam!!! Obfity zaprawdę zestaw kibica za 8zł, blisko Rynku, duży ekran, miła obsługa, kochani, naprawdę warto!

A od strony sportowej - takie tam refleksje z mojego punktu widzenia.

Najciekawszy mecz: Irlandia 1 : 3 Chorwacja
Dwie skazane na pożarcie w grupie C drużyny pokazały, że Włosi i Hiszpanie mają się czego bać. Zarówno przybysze z Wysp, jak i Bałkańczycy walczyli od pierwszej minuty z zacięciem i polotem, chociaż druga połowa to już zdecydowanie popis Chorwatów. Ciągle coś się działo, nawet P., raczej mało futbolowy człowiek, informował na fejsie, że nie może oderwać oczu. Nie ma Olićia, a i tak strzelają gole, i to nie byle jakie. Slaven Bilić nie żartował, rzucając przed turniejem buńczuczne 'Ne bojimo se nikoga!'. Hajde!

Najnudniejszy mecz: Niemcy 1 : 0 Portugalia
A spodziewaliśmy się napiętej i pełnej zwrotów akcji gry... Osobiście obstawiłam 4 : 2 (ech, adeus, piwo z wkładką...). Spotkanie w niektórych momentach niebezpiecznie zbliżało się do scenariusza niesamowicie nudnego spektaklu Celta Vigo - Cordoba (klik! nie zaśnijcie). Gdyby nie szklanka piwa, byłoby zaprawdę ciężko to przetrwać, nuda, nuda, nuda. K. z nudów tych wynalazł mnóstwo niezwykle przydatnych statystyk związanych z karierą reprezentacyjną Mariusza Jopa oraz zamówił gruzińskie pierogi. 

Największa pozytywna niespodzianka: Ukraina 2 : 1 Szwecja
Wszyscy przed mistrzostwami tak się zapatrzyli na Francuzów, Anglików i Wikingów, że po wschodniej stronie widzieli tylko nieudane sparingi i cierpiących z powodu zatrucia pokarmowego piłkarzy ukraińskiej sbirnej. Tymczasem doping na kijowskim stadionie tak poniósł Ukraińców, że aż miło było patrzeć na ich momentami szaloną, ale świetnie zorganizowaną grę w każdej formacji, od Piatova po Szewczenkę. Україна - це кльово?! кльово!

Największe rozczarowanie: Holandia 0 : 1 Dania
A miało być tak pięknie, bo Oranje mają tylu wspaniałych gwiazdorów! Zawsze grali przecież mądrze, ale i z polotem, tutaj grali tylko mądrze, polotu zabrakło. Robben szwankuje, niby to świetny piłkarz, a ciągle strzela wszędzie, tylko nie w kierunku bramki (zauważalne od finału Ligi Mistrzów). Może się rozkręcą ci nasi wicemistrzowie świata, byłoby dobrze, bo następny mecz to dla nich mecz o wszystko. Ale w sumie to mało smutne, kiedy przypomnę sobie, jak K. ze swoją pomarańczową koszulką wzbudził szczerą radość podchmielonych duńskich kibiców - wrong shirt! 

Najładniejsza bramka: Samir Nasri, Francja 1 : 1 Anglia
Spójrzcie tylko, naprawdę warto.


Najbardziej dramatyczny moment: Szczęsny z czerwoną
... cholera, Szczęsny z czerwoną. Chyba nie trzeba wyjaśniać.

Nagroda indywidualna: Przemysław Tytoń
No bo JAK ON TO ZROBIŁ! Wszedł sobie z ławki, nierozgrzany i bez większych problemów obronił karnego like a boss! Jestem dumna. Tak się rodzą bohaterowie. Oby z Rosją nie musiał zbyt często pokazywać, na co go stać. 

To tyle, idę pracować ciężko i jeść bigos i prasować koszulkę z orzełkiem na wieczór. Kibicujemy, rodacy!

Blogger templates

Obsługiwane przez usługę Blogger.
 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance