czwartek, 4 października 2012

Jest tak pięknie, że aż trudno o tym mówić, żeby nie zapeszyć. Z dużą łatwością zbiera się w ostatnich dniach chwile ulotne i niuansiki, które budują koronkową firankę zawieszoną w oknie, przez które oglądam świat. Słońce świecące w twarz na kulowym dziedzińcu. Przeurocza pani sprzedająca jabłka pod bankiem, drugie na szczęście, proszę, łopłukałam'. Jula i Ola, cieszące się z widoku szczudlarza z ulotkami i tak szczerze wdzięczne za zwykłe zabranie je ze sobą do biblioteki. Pan w bibliotecznym ksero z herbatą, doniczkowcem w barwach sezonowych i tranzystorem, z którego rozlega się ten utwór:
http://www.youtube.com/watch?v=upefc42yhpE
McDusia w końcu.

Miłej jesieni!

czwartek, 13 września 2012

Jak na razie bycie Mentorem przyniosło mi niezwykle sympatyczną Rebekę, która przyjeżdża już za tydzień, wystraszoną Ebru, Nurullę, który najwyraźniej mnie nie potrzebuje (hurra! chociaż, patrząc na jego fociaczki... hmmmm) i Natachę, która jest loca y niekoniecznie w moim typie, ale wrzuca na fejsa fajne piosenki, na przykład tę:

Quiero tocar el cielo azul....
... pero bueno, por ahora el cielo gris tambien esta bien porque nos vamos a Firlej!!! que rico <3

W ogóle zapowiada się fantastyczna jesień. :)

poniedziałek, 10 września 2012

Jesień zapowiada się pod wieloma względami ekscytująco - ze względu na nowy kierunek studiów, kilka ciekawych projektów, których najprawdopodobniej będę częścią... A także - odzywa się natura smakosza (a może po prostu żarłoka) - na smakowite kąski literacko-kulturalne, których premiery zbliżają się wielkimi krokami.

Jest ich oczywiście zdeeecydowanie więcej, ale ja najbardziej nie mogę się doczekać następujących:


Małgorzata Musierowicz, McDusia - premiera 3 października 2012
Czy trzeba tu coś dodawać? Najbardziej w moich kręgach oczekiwana książka tego roku. Sprężynę zdążyło się już przeczytać dwieście osiemnaście razy i ciekawość, co dalej z Laurą i Naszympanem Polonistą, zżera nas doszczętnie. Tak jak my zżarłybyśmy ciepłe drożdżowe bułeczki z konfiturą na werandzie leśniczówki Pulpecji i Florka. Zaś Ukochana Autorka na swojej stronie oznajmia, że pracuje nad dwudziestą częścią Jeżycjady, o Boże, Bożenko! Wybornie.


Witold Szabłowski, Izabela Meyza, Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem - premiera 19 września 2012
Po sopockich warsztatach z przesympatycznym, naturalnym, n o r m a l n y m Witkiem Szabłowskim, czyli Ostatnim Zatrudnionym Na Etacie W Dużym Formacie i Najmłodszym Z Najmłodszych wśród polskich reporterów i lekturze jego Zabójcy z miasta moreli, zachwycona, przypomniałam sobie dodatkowo, że to przecież właśnie on napisał niezwykle udany tekst o Lublinie na CityBooks. Niedające się zagłuszyć CHCĘ WIĘCEJ! rozdarło moją duszę. Tymczasem Witek, wedle słów Pawła Goźlińskiego, przeprowadził wraz ze swoją żoną jeden z najciekawszych reporterskich eksperymentów ostatnich lat, którego efekt pojawi się na księgarnianych półkach już za 9 dni! Więc wewnętrzny ryk nie był głosem wołającego na pustyni. Can't wait.


Skyfall, reż. Sam Mendes - premiera 26 października 2012
Niespecjalnie znam się na kinematografii, nie bywam zbyt często w kinie, a z 22 filmów o Bondzie widziałam może ze dwa... Ale zakochałam się w Danielu Craigu po ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie, a Javiera Bardema uwielbiam od dłuższego czasu. Poza tym nie potrafię wyjaśnić, czym urzeka trailer Skyfall, ale mnie urzekł. I lubię facetów w garniturach. Więc pod koniec października z pewnością wysupłam 18zł na bilet do Cinema City.


How I met your mother 8 - premiera 24 września 2012
Dziwne zakończenie 7. sezonu daje nadzieję na udany sezon numer 8. Co Ted wykombinuje z Victorią i dlaczego to nie ona będzie matką? Ślub Barneya, Robin w białej sukni - say whaaaat? Ale najbardziej chyba interesuje mnie los Marvina Waitforita Eriksena - dzieci nie powinny wychowywać się w knajpach, a on chyba będzie skazany na długie godziny w MacLarenie...


Glee 4 - premiera 13 września 2012
Tyle zmian w McKinley High! Kitty, określana przez Sue jako 'the young Quinn Fabray except she's not pregnant, manic depressive or in and out on a wheelchair', pilna potrzeba odnalezienia nowej Rachel Berry, rozpad związku Finna i Rachel... Nowy Jork, NYADA, szalone outfity i Call me maybe - zdecydowanie nie mogę się doczekać!


XVII Konfrontacje Teatralne - Lublin, 13-20 października 2012
Program zachęcający, trzeba to przyznać. Kilka dobrych (podobno) teatrów z Rosji, dużo Passiniego, Zapaleni z Dariuszem Jeżem (duży sentyment mam do tego pana po Ostatnim takim ojcu i jego wizycie na Młodzieżowych Warsztatach Dziennikarskich, gdzie zresztą pojawił się z reżyserką Zapalonych, Joanną Lewicką) i wreszcie Sen nocy letniej, zapowiadany na hit w Teatrze Osterwy. Miejmy tylko nadzieję, że bilety nie będą tak drogie jak w zeszłym roku, bo skończy się na wielkich planach...


A Wy? Na co czekacie najbardziej?

niedziela, 19 sierpnia 2012

Nigdy nie byłam w Tyrolu, jednak coś pozwala mi sądzić, że spodobałoby mi się tam więcej rzeczy niż tylko mielonka tyrolska. Polędwica sopocka pozostaje zaś jedyną sopocką kwestią, która budzi moją bezwarunkową sympatię (szczególnie z musztardą. Sarepską.).
Siedzę sobie w Gdańsku, na Starówce, piję herbaty i jeżdżę SKM-ką do Zoppot (uzasadnione - z pobieżnych obserwacji wydaje się, że co najmniej połowę nieznośnego tłumu turystów stanowią nasi zachodni sąsiedzi). Sam festiwal literacki jest świetny, dobrze zorganizowany i pokaźnie dofinansowany (ileż gadżetów! ileż darmowych butelek wody mineralnej!), więc bawimy się, bawimy.
Więcej teraz nie napiszę, bo moje palce nie nawykły śmigać po cudzych klawiaturach. I idę poszwendać się po wąskich uliczkach dawnego Wolnego Miasta.




czwartek, 2 sierpnia 2012


Ze smutku, że nie słyszę go z Londynu, zaczęłam codziennie o północy słuchać naszego hymnu w Radiu Maryja. I tak sobie myślę...
'dał nam przykład Bonaparte
jak zwyciężać mamy'
Może Polacy nie bardzo potrafią coś wygrać, bo w całym narodzie nie znalazł się nikt, z kogo w tej dziedzinie warto byłoby wziąć przykład? Bo Bonaparte, Francuz, pokazał nam, jak mamy zwyciężać, ale z naszych mało komu się to udało? Może mamy narodową inklinację do porażki i tragedii - ostatnie dwa lata krajowych wydarzeń w zasadzie by to potwierdzały...
A potem, w tym samym radiu, słucham tej pięknej i cudownej Bogurodzicy, która wszak jest po polsku, a nie według standardów obowiązujących  w chwilach, gdy szalała na listach przebojów, po łacinie i myślę sobie: hola, hola! Przecież mamy piękne zwycięskie tradycje, nie tylko te z rycerskimi pieśniami związane. Przecież umiemy walczyć i tę walki rozstrzygać na swoją korzyść. 
A jednak coś nie działa. Może przydałby nam się, na fińską modłę, narodowy program odnowy sportu? Sztab najlepszych krajowych specjalistów, wycofanie się na trochę, stworzenie nowych systemów? Ktoś mądry i cieszący się estymą powinien się poważnie zastanowić, jak to wszystko rozwiązać. Bo aż się serce kraje od patrzenia na te wszystkie klęski. Nie jestem jak Grek Zorba i nie podzielam sławetnego Jaka piękna katastrofa!. Ani swojskiego nic się nie stało, słyszanego zewsząd w ostatnich dniach. 
A propos, wiele osób, które to hasło podchwyciło podczas przegranego Euro 2012, chyba nie zdaje sobie sprawy z genezy tej przyśpiewki. Siatkarzom te słowa zaczęto nucić w rzadkich chwilach słabszych momentów gry, ale, szerzej patrząc, oni wtedy w y g r y w a l i *. Więc wtedy miało to sens, bo faktycznie nic wielkiego się nie działo, kiedy tracili kilka punktów. Natomiast stosowanie ładnie brzmiącego nic się nie stało w stanie permanentnych klęsk jest nie tylko robieniem dobrej miny do złej gry, ale wręcz błazenadą niskich lotów i obniżaniem ambicji, a co za tym idzie - narodowego poczucia wartości. Bo skoro nic się nie stało, kiedy Polacy na Euro zajęli ostatnie miejsce w grupie, nic się nie stało, kiedy polska pływacka żeńska sztafeta ośmieszyła się na londyńskiej pływalni, nic się nie stało, kiedy nasza druga rakieta świata odpadła w pierwszej rundzie olimpijskiego turnieju - to chyba znaczy, że tak naprawdę nie wierzymy, że ktokolwiek z nich mógłby coś osiągnąć. Albo, próbując to ugryźć z drugiej strony : bardzo byśmy chcieli, żeby coś w końcu się stało, a tu - nic się nie dzieje. Polacy pojechali do Londynu, a tam... nic się nie stało.
Mogliśmy z siatkarskich trybun przejąć do użytku powszechnego inną przyśpiewkę. Na przykład Asa chcemy, asa!. Bo nie wiem, jak Wy, ale ja jakiegoś asa (z rękawa) w tych olimpijskich zmaganiach naprawdę potrzebuję. Więc, kończąc, polskim sportowcom, Wam i sobie życzę na najbliższe dni przede wszystkim dobrego rozdania. Sama pokerowa twarz na dłuższą metę się nie sprawdza.


*(uf, teoria, że nie miał nam kto pokazać, jak wygrywać, upada, dzięki Bogu!)

środa, 18 lipca 2012

A bo zaczęłam publikować z innymi na portalu tworpis.pl. Dopiero raczkuje, jest zupełnie świeży i na razie mało kto go odwiedza, ale może wpadniecie i zostaniecie na dłużej?
Tutaj mój felieton "Słuchajcie, a znajdziecie!", a tutaj opowiadanie pisane kiedyś na kolanie i nie najwyższych lotów, ale może się spodoba. :)

niedziela, 15 lipca 2012

Jest niedziela, na szczęście nie ma słońca, piję Frappe według przepisu Różczki z reklamy, czekam, aż na megavideo załaduje się kolejny odcinek Breaking Bad, słucham Cibelle i... Coś mi się przypomina. Krótki kawałek, opisik, nie-wiadomo-co, powstałe między podlewaniem paprotki i draceny, zapisane na papierze śniadaniowym, bo nic innego się do tego nie nadało.
Więc jeśli Wam też leniwie i pijecie kawę - zapraszam do lektury.

*** 

Każdy zegar wskazuje inną godzine, ale żaden nie wskazuje poprawnej. Mieszkanie mojej babci na Kleeberga aktualnie stoi puste w związku z corocznym firlejowskim wywczasem właścicielki. Kontrolę nad domem przejęły zatem rzeczy, wierni przyjaciele matki mojego ojca. Wielkie meksykańskie sombrero przywiezione kilkanaście lat temu z Hiszpanii. Mnóstwo sztucznych kwiatów sprytnie i zgrabnie oplatających rury ciepłownicze, szpetną starą ramę lustra i spore pękniecie w niepewnej żółtej farbie na ścianie. Porozrzucane niedorozwiązane krzyżówki, plany kolejnych haftów (Christus regem, pojawia się na zdecydowanej większości wzorów, chociaż urocze serwetki nie dają za wygraną; aktem traktatu pokojowego okazuje się tu serwetka z Jezusem). Zwiędnięty doszczętnie bukiet z goździków – prawdopodobnie zawędrował tu z okazji Dnia Matki. Barek pełen domowego alkoholu (śliwkówka pierwsza klasa – wasze zdrowie!). Otwarta gorzka jak codzienne szare życie emerytki z kotem czekolada. Zakurzony telewizor między pustymi wazonami – nie ma już zbyt wielu okazji do przyjmowania kwiatów, a dwójka (w zasadzie – trójka, hm) dzieci sama tych szklanych skorup nie zapełni. Na środku pokoju przedłużacz z trzema wolnymi gniazdkami czuwającymi w gotowości do nawiązania łączności ze światem. Brudna ściereczka w kwiaty na ażurowym obrusie – pewnie coś się wylało; często się wylewa. Dwie żółte świeczki z baziami, bo przecież Wielkanoc była tak niedawno... Ostatnio wszystko wydaje się niedawno. Komplet starodawnych filiżanek i kieliszki do wszelkiego rodzaju alkoholu za niedomkniętym szkłem. Cicha sypialnia. Tu rzadko otwiera się okno, żeby zgiełk samochodów z Andersa i Turystycznej nie zechciał przypadkiem wpaść i zostać na dłużej. Drapak dla kota na środku pokoju, bo kot wreszcie zaczął odwiedzać inne przestrzenie mieszkania niż ciemne kąty i szuflady. Sporo książek, głównie popularnych romansideł z promocji w Reader’s Digest, ale też dzieła zebrane Sienkiewicza, tomów siedemnaście, i  Mickiewicza, tomów trzy (docelowo powinny być cztery, ale jeden pożyczyłam jakoś na początku liceum i zapomniałam oddać). Gdzieś między tymi tomiszczami podręcznik do esperanto, bo będąc młodą dziewczyną, babcia doświadczyła głębokiej fascynacji ideą Zamenhofa. Przy samym łóżku obok lampki nocnej ustawionej na pomysłowo ozdobionym w duchu „zrób coś z niczego” pudełku po butach „Przeminęło z wiatrem”, tomów trzy, i niezidentyfikowana książka Dołęgi-Mostowicza. Dzieło Margaret Mitchell, tym razem w wersji kinowej na DVD, o półkę wyżej, podobnie jak kasety magnetofonowe skazane na powolną śmierć, bo zdecydowanie nie znajdzie się tu odpowiedni odtwarzacz. Drewniana drapaczka do pleców z wypalonym napisem „Zakopane 2003”, z czasów F. i wczasów PKP. Na ścianie zdjęcia starszych wnucząt, dziwnie i zaskakująco moja fotografia z komunii jest na samym środku. To pewnie nic nie znaczy, ale dziś dorabiam sobie ideologię dla własnych potrzeb. W papierowym pudełku po czekoladkach z Solidarności skrawki materiałów i przybory do szycia, a dokładnie naprzeciwko ohydna i kiczowata stara waza służąca za puzderko na biżuterię. Zabawki kota to tu, to tam. Zafoliowany koszyk muszelek made in Bangladesh – typowa pamiątka z wczasów nad Bałtykiem. Maszyna do szycia w ciężkim, mocarnym pudle na składanym biurku, śladzie po dawnych czasach, kiedy ten pokój zajmował P. Jak przez mgłę pamiętam go robiącego tu długaśne ściągi, czemu wszyscy się dziwiliśmy, bo jeszcze nie chodziliśmy do szkoły. Niedługo potem poszliśmy i przestaliśmy się dziwić. Kolorowo ilustrowana książka z przepisami na nalewki, idealna lektura na deszczowa popołudnia na werandzie w lesie – czemu więc została tutaj? Przedszkolne korale z pomalowanego plakatówkami makaronu, wyprodukowane najprawdopodobniej przez Ł., bo ja nigdy nie byłam dobra w te klocki. Absolutny hit – ekranizacja „Kłamczuchy” na VHS! Rarytas, bo to przecież jedyna ekranizacja, na jaką zgodziła się Małgorzata Musierowicz.
A gdy wychodzę, jeszcze Puzzle 1000 kawałków, których chyba nikt w tym mieszkaniu nawet nie próbował ułożyć. Cóż poradzę, kiedy wolę układać inne, zamierzenie czy niezamierzenie, z lepszym czy gorszym skutkiem. Wyraźnie zapodziało mi się kilku kawałków – na przykład, gdzie podziało się zdjęcie D., Nigeryjki, którą babcia otoczyła opieką w ramach Adopcji Serca? Oprawione w najładniejszą ramkę, zawsze budziło naszą zazdrość. W łazience nie ma nieśmiertelnych ciężkich perfum Celine Dion. W ogóle nie ma żadnych perfum. A laurki z milionów dni babć, imienin i świąt? Kolekcja wygasła wraz z naszym zapałem odwrotnie proporcjonalnym do wieku, ale dawniej była imponująca. Czy już ją przemielono na papier toaletowy?...
Papier toaletowy, chleb i ser żółty. Następna stacja – sklep wielobranżowy.
Czas wracać do domu. Przyszłam tu tylko podlać kwiatki.

Lublin, 15 czerwca 2012

Blogger templates

Obsługiwane przez usługę Blogger.
 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance