Z cyklu "poloniści nie potrafią liczyć" - fajnie, że sama napisałam o siedmiu igrzyskach, a w którymś momencie podsumowałam, że było ich sześć. Geniusz. Ocknęłam się dopiero na ceremonii otwarcia, gdzie Nori został wymieniony jako człowiek, który przyjechał na swoją siódmą olimpiadę. Wait... oh.
środa, 5 lutego 2014
Igrzyska w Soczi zaczynają się za niecałe czterdzieści godzin, a w naszym kraju - jak chyba nigdy dotąd - towarzyszą im ogromne emocje. Zresztą, nie oszukujmy się - o ile oczywiście będę trzymać kciuki za Zbyszka Bródkę i jego ziomali z lodowego toru, o ile wierzę, że biathlonowe bojowniczki są w stanie ustrzelić jakiś metalowy krążek ku chwale ojczyzny, większość mojej uwagi skupi się na rozbiegu i zeskoku skoczni na Krasnej Polanie. Co nie jest specjalnie zaskakujące - wystarczy a) spojrzeć na moją ścianę na fejsie (jakieś 98% wszystkich treści, które udostępniam, ma jakiś związek ze skokami narciarskimi, a moje zdjęcie w tle potencjalnym nieznajomym może sugerować, że wstąpiłam w szeregi narodowców); b) zajrzeć do mojego pokoju (pierwsze, co rzuca się w oczy - poza niezaścielonym łóżkiem - to plakat Adama Małysza ze srebrnym medalem z Vancouver). Ale... właściwie jak to się wszystko stało, jak do tego doszło?
Podobno Norwid był mistrzem kreowania i mistycyzowania własnej biografii - uparcie utrzymywał, że przyszedł na świat dokładnie w tym samym dniu, w którym zszedł był z tegoż szacowny lord George Gordon Byron. Chciałoby się, drogi Cyprianku. Miałeś wtedy trzy latka. Ale, żeby nie było, że piszę o tym tylko po to, żeby pochwalić się zdobytą przed egzaminem z romantyzmu wiedzą typu "nie przyda się, ale dobrze wiedzieć" - ja również dostrzegłam ostatnio ciekawą koincydencję w swojej biografii, która mogłaby wyjaśniać chorobliwe zainteresowanie światowymi wydarzeniami sportowymi wyrażane przeze mnie od wczesnych lat młodzieńczych...
1992, Albertville
W kontekście Soczi wiele mówi się o prawdziwych weteranach skoczni - Noriaki Kasai zagości wszak na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich już po raz szósty, a kilka lat od niego młodszy Janne Ahonen jedzie na swoją piątą olimpiadę. Co mam z nimi wspólnego?
Nie jestem aż tak doświadczona jak Nori - kiedy on wskakiwał do trzydziestki na dużej skoczni, ja wciąż beztrosko dryfowałam po spokojnych wodach płodowych i dopiero zaczynałam obmyślać plan ewakuacji. Faktem jest jednak, że przyszłam na świat w ostatnim podwójnie olimpijskim roku - zakończone dwa tygodnie przed moim narodzeniem zimowe Albertville dzieliło jeszcze swoją rocznikową datę z letnią Barceloną, ale był to ostatni taki przypadek w historii. Zadecydowano, że od tej pory, dla urozmaicenia, igrzyska zimowe i letnie będą się odbywały naprzemiennie, co dwa lata.
Dlatego też nieco bliżej mi do Janne...
1994, Lillehammer
... bo Soczi to moje piąte igrzyska. Ekhem. To znaczy, teoretycznie...
W roku 1994 moja uwaga kierowała się ku zjawiskom zgoła innym. Przede wszystkim kibicowałam mieszkańcom Doliny Muminków w ich zmaganiach z Buką i codziennością (moim absolutnym ulubieńcem był Włóczykij, co też nie pozostało chyba bez wpływu na dalszy żywot, ale o tym może kiedy indziej). Lubiłam też odkurzać (tak mówią źródła mówione rodzinnej historii; zważając na to, jaką gehenną jest dzisiaj dla mnie śmiganie z odkurzaczem po mieszkaniu, trudno mi w to uwierzyć), zajadałam się kluskami z serem i miałam zadatki na prawdziwą fashionelkę. Dla niedowiarków - dowód:
Jedynym Polakiem na olimpijskich skoczniach był wówczas Wojciech Skupień, bujający się w okolicach trzydziestego miejsca. Tymczasem mający wywrzeć na moje życie niebagatelny wpływ Adam Małysz (wówczas szesnastolatek) trenował nadal kombinację norweską. Bieganie przyjdzie mu porzucić dopiero jakieś pół roku później...
1998, Nagano
Cztery lata później zajmie na igrzyskach miejsca 51. i 52. Znacznie lepiej zaprezentują się starsi koledzy - Wojciech Skupień (31. i 11.) oraz Robert Mateja (20. i 21. - drodzy hejterzy, zwróćcie uwagę, że to zupełnie przyzwoite pozycje). Prawdziwymi gwiazdami okażą się wówczas gospodarze - kosmiczny Kazuyoshi Funaki oraz Masahiko Harada; niedoścignieni do dzisiaj, jeśli chodzi o technikę skoku. Ale z naszej perspektywy interesujący wydają się właśnie ci, którzy w tamtych lutowych dniach odgrywali rolę statystów. Na przykład późniejszy po czterokroć złoty Harry Potter:
Czy oglądałam te japońskie potyczki? Kroniki domowe milczą na ten temat. Jak przez mgłę pamiętam jednak konkursy łyżwiarstwa figurowego, wszystkie zjawiskowe rittbergery, axele i toeloopy, niewykluczone więc, że w przeddzień szóstej rocznicy urodzin moje upodobania zaczęły przesuwać się z historii miłosnej Muminka i Migotki na zmagania sportowców z całego świata. Koronnym argumentem przemawiającym za tą tezą jest też fakt, że na zawsze w mojej pamięci wyryła się niezwykła, kolorowa do granic i nieco dziwaczna uroczystość otwarcia piłkarskiego Mundialu we Francji, który wszak odbył się zaledwie kilka miesięcy później. Ileż lat tego szukałam!
2002, Salt Lake City
Dwanaście lat temu miałam już prawie, prawie dziesięć lat. A w Polsce od roku panowała małyszomania, której uległam bardziej spektakularnie niż reszta rówieśników. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że jest coś takiego, jak zimowa olimpiada, ludzie tam jadą i bardzo się starają wywalczyć złoty medal. Adam też się starał. Cały kraj starał się razem z nim. Bravo Sport dodał do olimpijskiego numeru zestaw naklejek z bułkami i bananami oraz pocztówek z Małysz Manem (mam je gdzieś do dzisiaj). Każda szanująca się polska gazeta zamieściła groźne zestawienie Małysz vs Hannawald, najczęściej z profilowymi ujęciami ich twarzy ustawionymi konfrontacyjnie.
Osobiście dmuchałam w telewizor silniej niż w sylwestrowe baloniki i trenowałam atomowe odbicie, skacząc ze starej wersalki. Rodzice przyznawali mi za telemark same dwudziestki. Na pewno jestem wielkim talentem zmarnowanym przez to, że mieszkałam w dzieciństwie za daleko od skoczni (tak, tak, wmawiaj sobie - jakoś Diethart dał radę, chociaż mieszka pod Wiedniem). Pan Adam przywiózł stamtąd srebro i brąz, zaś jak Filip z konopii wyskoczył wtedy Ammann, dla którego był to początek pięknej kariery. W każdym razie, to pierwsza eskalacja miłości do Adama i skoków ogólnie pojętych, którą wspominam z rozrzewnieniem mimo zaciemnienia obrazu spowodowanego niezbyt poważnym wówczas wiekiem i, cóż, upływem ponad dekady.
2006, Turyn
Druga silna fala wspomnianej wyżej miłości, tym razem skierowana ku dwóm bardzo konkretnym obiektom. Coś, co dzisiaj określone by zostało szalonym fangirlingiem. Ale, o mamo, ich nie dało się nie kochać. Andreas Kofler i Thomas Morgenstern, dwa cudowne austriackie młokosy, skaczące po najwyższych stopniach turyńskiego podium z taką pasją, taką energią... i tymi zawiadiackimi uśmieszkami wyzywającymi świat. I coś, czego zazdrościł im cały świat - Teamgeist, duch drużyny, doskonała atmosfera.
Cholera, chociaż jestem dzisiaj osiem lat starsza, ta miłość wcale nie wygasła. Panom ze zdjęcia życzę nadal jak najwyższych miejsc. Zaraz za Kamilem Stochem i Jankiem Ziobrą ;).
A Polacy? Pan Adam był wtedy w nienajlepszej formie... mimo to nasza drużyna zaskoczyła naprawdę dobrym, jak na ówczesne realia, piątym miejscem w konkursie drużynowym. No i kibicowało się im troszeczkę, ale jednak bez wiary w spektakularny sukces. Albo może - to piąte miejsce zostało uznane za spektakularne. Aj, wiele się zmieni w kolejnych latach...
2010, Vancouver
Cztery lata temu też prowadziłam bloga, o zupełnie jednak innym charakterze, niż ten. Bloga głęboko ukrytego, o którym nie wiedział prawie nikt, gdzie się pisało różne rzeczy znacznie głupsze niż te (poziom -50). Ale gdzieś wśród tamtych notek człowieka u progu dorosłości znalazło się też kilka adnotacji o 'olimpiadzie przeżywanej jak Wigilia i wizyta świętego Mikołaja przez przedszkolaka'. Tak było, tak było - miałam wielką olimpijską gorączkę już kilka tygodni przez zawodami w Whistler, liczyłam na Pana Adasia - nie zawiodłam się. Znowu wszedł mu w paradę ten szalony Szwajcar, już nie Harry Potter, a dojrzały profesor skocznej magii - ale czy tak naprawdę nam to przeszkadzało? Dwa srebrne medale wywalczone w pasjonujących starciach - geniusz, miód na polskie serca.
Przez ostatnie cztery lata obejrzałam ten filmik jakieś 123 razy. Łzy stawały mi w oczach prawie zawsze.
Cztery lata temu założyłam się z Przemysławem, że Adam Małysz zdobędzie medal. Wygrałam najpyszniejszą na świecie sałatkę owocową w Gramoffonie.
2014, Soczi
Jeśli ktoś chciałby się założyć analogicznie o Kamila Stocha - wchodzę w to.
Jaram się oczywiście nie mniej niż cztery lata temu, bo mam czym, ale czuję, że się starzeję. To już nie to, co dawniej (chociaż i tak umrę z nerwów w niedzielę wieczorem), to już chłodniejsze spojrzenie człowieka, który napisał kilka newsów na skijumping.pl i ogarnął cokolwiek w swoim pozaskocznym życiu. Ale co będzie tym razem? Dla nas jedna kwestia zmieniła się zasadniczo i na lepsze - po raz pierwszy w historii mamy naprawdę DRUŻYNĘ. Capslock nie został tu wciśnięty przypadkowo. Mamy drużynę, o której dobrze wiemy - i której członkowie mówią to otwarcie - że jest w stanie przywieźć nam cenny krążek, więcej - brak tegoż zostanie odebrany jako porażka. Ale więcej na razie nie piszę, ciii - nie pompujmy.
Po co to wszystko napisałam? Nie wiem. Mam ferie, mam czas, mam kilka myśli i wspaniałą zdolność nadinterpretacji historii własnego życia. Mierzenie ziemskiego bytowania w olimpiadach jest jednak zupełnie niezgorszym pomysłem.
O ile w danym życiu mierzonym liczy się coś poza skokami narciarskimi, bo w moim przypadku wychodzi to, co powyżej. Przepraszam... ;)
PS - Poetów Z., jeśli to czytają, odsyłam do poprzedniej, chyba niezauważonej mininotki ;)
Przyjaźń zresztą jeszcze innymi przyciągała mnie urokami. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się w gronie przyjaciół, świadczyliśmy sobie nawzajem drobne przysługi. Razem czytaliśmy pięknie napisane książki, razem żartowaliśmy, razem zachowywaliśmy powagę. Czasem spieraliśmy się ze sobą, bez nienawiści, tak, jakby się człowiek mógł sam ze sobą spierać, a te bardzo rzadkie spory były tylko przyprawą do panującej między nami prawie zawsze zgody. Uczyliśmy jedni drugich, uczyliśmy się jedni od drugich. Gdy kogoś z nas brakowało, bardzo tęskniliśmy za nim. Z wielką radością witaliśmy wracających. Takimi to właśnie znakami, wyłaniającymi się z serc, które się wzajemnie kochają, malującymi się na twarzy i błyszczącymi w oczach, dźwięczącymi w mowie, przejawiającymi się w najróżniejszych gestach serdecznych, przyjaźń się coraz goręcej rozpala, a jej płomień może stopić wiele dusz w jedność.
św. Augustyn, Wyznania (IV, 8)
(Dzisiaj ten cytat ciągle biega po mojej głowie, wywołując liczne uśmiechy. Wspaniały początek ferii, dziękuję!)
Na dniach coś nowego do poczytania na browarniczych łamach. A teraz posłuchajcie Zosi, która jest Saamką, więc zapewne wychowała się wśród reniferów, a jej rodzina trudni się też rybołówstwem. Warto, koi, uspokaja.
niedziela, 26 stycznia 2014
(Bo jakby na przykład zachciało Wam się pójść do teatru, to pewnie Książę i żebrak nie przykuje Waszej uwagi w repertuarze. A powinien!
Proszę trzymać za mnie BARDZO mocno kciuki we wtorek i w piątek. Proszę. )
***
Proszę trzymać za mnie BARDZO mocno kciuki we wtorek i w piątek. Proszę. )
***
Kilka moich ostatnich wyjść do Teatru im. Juliusza Osterwy kończyło
się mniejszym lub większym rozczarowaniem. Zapowiadający się
nieźle Bóg Woody'ego Allena
w lubelskiej adaptacji stał się sztuką dość mierną, zaś
Pakujemy manatki według
dramatu Hanocha Levina podziałało na widownię lepiej niż
relanium. I kiedy wydawało się, że czas zmienić kierunek
teatralnych poszukiwań, wiarę w możliwości tej największej
lubelskiej placówki przywrócił spektakl pozornie zwyczajny, może
nieco banalny i skierowany do młodszej publiczności. Nic bardziej
mylnego.
Strzałem w dziesiątkę okazało
się nawiązanie współpracy z reżyserem Pawłem Aignerem, który
wziął na warsztat Księcia i żebraka
Marka Twaina. To historia kultowa, książka znana czytelnikom na
całym świecie, od dawna należąca do kanonu literatury dziecięcej
i młodzieżowej. Nie trzeba chyba szczegółowo przypominać jej
fabuły – oto na dwór angielskiego króla przypadkowo trafia
nastoletni żebrak Tomek Canty, łudząco podobny do księcia
Edwarda. Chłopcy zamieniają się ubraniami, nieświadomi dalszych
konsekwencji takiej decyzji... Adaptacją sceniczną powieści Twaina
zajęła się Malina Prześluga i przyznać należy, że wykonała
swoją pracę wyśmienicie. Z racji tego, że odchodzi ona dość
daleko od tekstu oryginału (do czego nawiążę w dalszej części
tej recenzji), udało jej się ożywić i unowocześnić (ale
rozsądnie i bez zbędnej przesady) opowieść przez liczne aluzje do
aktualnej sytuacji politycznej, kulturowej czy nowinek
technologicznych, a przede wszystkim – przez wprowadzenie do
scenariusza dowcipnych i zgrabnie napisanych piosenek. Teksty do
świetnie oddającej klimat produkcji muzyki Piotra Klimka robiły na
publiczności (w większości w wieku szkolnym) duże wrażenie –
gdzieniegdzie wybuchano śmiechem, rytmicznie przytupywano czy nawet
podśpiewywano razem z artystami.
Ci ostatni spisali się tym razem na medal. Najjaśniej rozbłysła
chyba gwiazda Daniela Dobosza, odtwórcy roli Tomka Canty'ego, czyli
tytułowego Żebraka. Młodemu aktorowi udało się w tym spektaklu
zaprezentować wszystkie swoje atuty – opanowanie i pełną
ekspresji mimikę, precyzję ruchu scenicznego, doskonałą dykcję,
a nawet wokal na przyzwoitym poziomie. Niewiele ustępował mu inny
Daniel, tym razem Salman, który wcielił się w postać Księcia
(swoją drogą, co za uroczy zbieg okoliczności, że aktorzy
kreujący tych dwu tak podobnych do siebie bohaterów noszą to samo
imię!). Imponująco zaprezentował się przede wszystkim w
niełatwych scenach pojedynków, które wymagały od niego ogromnej
zręczności i choćby podstawowej umiejętności władania szpadą
(cóż z tego, że to tylko teatralny rekwizyt). Na uwagę zasługują
także odtwórcy ról drugoplanowych, jak jedna z sióstr Tomka
(Halszka Lehman), przedsiębiorczy biskup (Jerzy Kurczuk) czy będący
narratorem całej historii hrabia Norfolk (Witold Kopeć).
Najmocniejsza strona większości
spektakli wystawianych w ostatnich latach w Teatrze im. Osterwy –
scenografia – nie zawodzi i tym razem. Za jej podstawę posłużyły
w Księciu i żebraku
stare, drewniane okiennice i futryny. Dzięki ich odpowiedniej
konfiguracji i sprawnej transformacji w trakcie trwania sztuki udało
się twórcom oddać zarówno klimat zbytkownego, opływającego w
złoto i brylanty dworu królewskiego, jak i mroczną atmosferę
półświatka londyńskiej dzielnicy nędzy. Liczne ruchome elementy
wystroju sceny z pewnością przyczyniły się do lepszej recepcji
przedstawienia wśród młodych widzów, których na widowni – z
racji ostatniego dnia w szkole przed rozpoczęciem ferii zimowych –
znalazło się całkiem sporo.
Istotnym wątkiem, o który warto
zahaczyć, podsumowując ocenę Księcia i żebraka,
wydaje mi się właśnie problem, który postaram się zawrzeć w
formie pytania: czy jest to sztuka dla dzieci? Pod wieloma względami
na pewno tak – to adaptacja powieści, która została napisana z
myślą o najmłodszych. Barwne kostiumy i rekwizyty, dynamika akcji
i wychodząca poza ramy sceny, momentami interaktywna gra aktorska –
wszystko to sprzyja odbiorcy dziecięcemu. Wątpliwości budzić mogą
jednak wspomniane już wcześniej aluzje zrozumiałe tylko dla
dorosłych, przemycone między wierszami refleksje na temat ludzkiej
egzystencji (w tym rozbudowane nawiązanie do barokowego dramatu
Życie snem Pedro
Calderona), a nade wszystko zakończenie, które z prostym
dydaktyzmem ma niewiele wspólnego. Tu bowiem dochodzimy do momentu,
w którym wersja zaprezentowana w Teatrze im. Osterwy znacznie różni
się od tekstu powieści Twaina – w nowym ujęciu nie dochodzi do
przywrócenia „status quo” sprzed zamiany miejsc. Tomek, żebrak,
rozsmakowany we władzy nie decyduje się na oddanie angielskiej
korony jej prawowitemu dziedzicowi i zostaje królem. Co dzieje się
ostatecznie z Edwardem? Tego nie wiemy – możemy się tylko
domyślać, że kończy w Tower... Książę i żebrak
po lubelsku urasta więc do dramatu o władzy i przemożnym jej
wpływie na ludzkie życie; ponadto staje się pogłębioną,
pesymistyczną refleksją nad faktem, że często to jednak szata
zdobi człowieka.
Wydaje się jednak, że to
ostateczny argument przemawiający na korzyść tej sztuki.
Obserwując reakcje zgromadzonych na widowni dzieci, mogę
stwierdzić, że dynamiczny spektakl z pewnością ich nie znudził;
jako przedstawicielka dorosłego już niestety audytorium również
bawiłam się świetnie. Różnica wieku bez wątpienia wpływa na
sposób postrzegania Księcia i żebraka,
zarówno młodzi, jak i starsi wyjdą jednak z teatru zadowoleni i w
jakiś sposób ubogaceni. Przyznam szczerze, że rezerwując bilety
na tę sztukę nie spodziewałam się fajerwerków – jakże mile
zostałam zaskoczona! Drogi „Osterwo” - podążaj tym szlakiem.
To właściwy kierunek.
wtorek, 21 stycznia 2014
Siemacie,
można powiedzieć, że na moim blogu odbył się przedwczesny Wielki Post (prawie, bo bez dwóch dni). Kto powiedział, że będzie łatwo...
Nie mam w zanadrzu nic specjalnie ciekawego, ale wywiązuję się z obietnicy i wrzucam recenzję Miedzy Muszyńskiego. Jest sztywna i nienajwyższych lotów, ale bądźcie wyrozumiali, drodzy Czytelnicy - napisałam ją na zaliczenie. W sumie i tak powinniście się cieszyć, że nie piszę o skokach* :D
Smacznego, dokładka po sesji!
***
Ostatnia dekada na polskim rynku książki należała bez wątpienia do Wydawnictwa Czarnego. Nie opieram się w tej opinii na konkretnych danych statystycznych. Obserwacja rankingów popularności prowadzonych przez portale literackie czy choćby preferencji czytelniczych znajomych musi jednak prowadzić do wniosku, że Czarne zostawia konkurentów w tyle. Doczekało się nawet sporej grupy „psychofanów”, którzy w zasadzie nie sięgają po pozycje spoza jego oferty. Tu swoje dzieła wydają gwiazdy polskiego reportażu – by wspomnieć tylko Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła czy Jacka Hugo-Badera; tu debiutowały tegoż gwiazdy wschodzące, jak Filip Springer czy Maciej Wasielewski. Wielu wielbicieli literatury non-fiction spod czarnego szyldu zdaje się czasami zapominać, że to nie wszystko, co mogą tam znaleźć. Seria „Reportaż” przyćmiewa często prawdziwe perełki.
Tak właśnie stało się z Andrzejem Muszyńskim, który w roku 2013 opublikował w Czarnym swoje dwie książki. Pierwsza z nich, Południe, zbiór reporterskich refleksji z podróży po półkuli południowej, dotarła do dość szerokiego audytorium, ale nie spotkała się z entuzjastycznymi recenzjami. Jako część wspomnianej już wyżej serii reportażowej została jednak przynajmniej dostrzeżona. Prozatorski debiut Muszyńskiego, Miedza, nie miał tyle szczęścia.
Miedza to książeczka drobna, mieszcząca zaledwie dziewięć krótkich opowiadań, które połączył temat prowincji. Prowincji rozumianej szeroko i niejednoznacznie; prowincji, która jest raczej stanem ducha niż przestrzenią. Między wierszami tych małych form czai się pewien żal, pewna tęsknota za wsią, która zatraciła swój dawny charakter i już tylko nieliczni pamiętają, jak było przecież zupełnie niedawno. To próba ocalenia okruchów wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Klimat tych opowieści budują barwne szczegóły, drobiazgi, zazwyczaj prozaiczne, które tkwią w pamięci jak drzazgi – na przykład wychodek za stodołą czy ogromny słoik ogórków kiszonych. Muszyński pisze melancholijnie, ale nie naiwnie; czasami wręcz poetycko, ale nie popadając w egzaltację. Obrazom, które kreśli za pomocą barwnego języka, towarzyszy głęboka refleksja nad charakterem polskiej prowincji.
Zamieraniu kultury wiejskiej winne jest według niego przede wszystkim miasto – mieszkańcy wsi masowo emigrują do miast w poszukiwaniu lepszego życia, „miastowi” zaś sprowadzają się na wioski, by żyć wygodniej i spokojniej, tak naprawdę stylu życia nie zmieniając. Ci ostatni burzą jednak odwieczny porządek panujący na wsi – poczynając od topografii („zamknął się w swojej willi”, „po co mi tu bruk, asfalt?”), przez lokalne zwyczaje (wszak nikt już nie chadza w soboty na imprezy pod lasem, jak w opowiadaniu Kundel. Dziennik czwartoligowca), na stosunkach międzyludzkich skończywszy. Ale i emigranci ze wsi nie mają lekko – bo, czemu wyraz daje Muszyński w każdym ze swoich opowiadań, kto wychował się na prowincji, ten w pewnym sensie nigdy od tej prowincji nie ucieknie. Bo w głębi duszy wcale tego nie pragnie. Bo raj dzieciństwa wydaje się najbezpieczniejszą przystanią, „łanem niespieszności”. Pojawia się jednak rozdźwięk między tym, co we wspomnieniach, a stanem faktycznym. Na ławkach pod chałupami nie siedzą już sąsiedzi – ba, nie ma już chałup, nie ma już nawet sąsiadów. Wieś stała się „miastowsią” - przestrzenią od metropolii różniącą się już tylko rodzajem zabudowy i mniejszym natężeniem ruchu pojazdów mechanicznych. Wieś odchodzi, przemija, przegrywa. Bohaterowie większości opowiadań to ludzie dojrzali, po przejściach, starcy (czasem tylko duchowi), których prostoduszność i nieskomplikowane podejście do życia zestawia się dla kontrastu z poukładaną i racjonalną, ale i brutalną „kulturą miejską”. Doskonale ilustruje ten konflikt opowiadanie Mąka: biedna i zaniedbana wiejska pijaczka umiera po spożyciu pozostawionej na przystanku kokainy, która w jej oczach była po prostu mąką. Wspomniany przystanek wydaje się tu zresztą symbolem portu, z którego wyrusza się na podbój świata: tego bliskiego (sąsiednia wieś), tego upragnionego (miasto), ale i – jak w przypadku Gemeinschaft, nawiązującej do conradowskiego Jądra ciemności mrocznej historii o wędrówce przez kambodżańską dżunglę – świata wielkiego, szerokiego, dalekich krain, które okazują się w gruncie rzeczy podobne do rodzinnych Sosnowic. Ktoś mógłby bowiem zapytać – skąd w tym poukładanym tomiku Kambodża? Autor jednak wie, co robi - wspólnota prowincjonalnych doświadczeń okazuje się niezależna od szerokości geograficznej i kultury, w której wyrastamy. Najważniejszy w tym tekście okazuje się ponadto... powrót do rodzinnych stron i zderzenie własnych doświadczeń ze sposobem, w jaki świat oglądają rodzice: ludzie, którzy całe swoje życie spędzili na wsi. Ten motyw powraca i w innym opowiadaniu – Kundel. Dziennik czwartoligowca to gorzka gawęda o rozczarowaniu, młodzieńczych marzeniach i aspiracjach młodego piłkarza, bezskutecznie studzonych przez rozsądnych opiekunów. Jakże bolesne okazuje się zderzenie ideałów z rzeczywistością...
Nie jest jednak Miedza jedynie społeczną diagnozą – to także, a może przede wszystkim, bardzo osobista refleksja autora nad swoim miejscem w świecie. Akcję opowiadań osadza wszak w swojej „małej ojczyźnie”, we wsiach na pograniczu Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Górnego Śląska. Wydaje się, że tym zbiorkiem opowiadań niejako spłaca dług wobec stron, które go ukształtowały; uważnie słucha głosów okolic domu rodzinnego i oddaje głos tym, o których dotąd pisało niewielu. Andrzej Muszyński kontynuuje w pewnym sensie linię zaproponowaną przez swojego imiennika Andrzeja Stasiuka w Opowieściach galicyjskich: pisze cykl opowiadań o kondycji wsi po transformacji ustrojowej, jego bohaterami czyni ludzi nie zawsze rozumiejących zachodzące tam dynamiczne zmiany, chwilami stylizuje język na wiejską gwarę. Perspektywa człowieka młodszego o pokolenie okazuje się jednak zupełnie inna. Realizm magiczny Stasiuka ustępuje miejsca brutalnemu realizmowi Muszyńskiego, który nie daje nam zapomnieć, że debiutował jako reportażysta. Umie patrzeć, umie słuchać i wychwycić najistotniejsze rysy opisywanej rzeczywistości, które zamyka w obrazach prostych, ale przy tym niezwykle intensywnych i barwnych. Mimo iż wydaje je w Czarnym...
***
*Btw, decyzję o zabraniu do Soczi Kubackiego uważam za bardzo słuszną. Kruczku, ufam Tobie.
czwartek, 12 grudnia 2013
Nie będę udawać, że chce mi się dzisiaj pisać - po prostu okazja raczej tego wymaga, więc jeśli wybaczycie, zamelduję się i pójdę spać, a zaległości nadrobię w najbliższych dniach.
Otóż portal lubimyczytac.pl (propsy, ostatnio wygrałam tam książkę w jednym z konkursów - pisanie komciów w wolnym czasie popłaca, polecam, KL) uświadomił mi właśnie, że dziś czyje urodziny? No, no?
Gustava Flauberta!!!
A gdyby on się nie narodził, to nie byłoby Pani Bovary. A gdyby nie było Pani Bovary, to nie byłoby... no właśnie.
Wspomniany portal wybrał też idealny cytacik z PB, który pozwolę sobie przytoczyć, bo nie mam lepszego pomysłu na notkę.
[...] czyż może być coś milszego, jak siedzieć z książką wieczorem przy kominku, podczas gdy wiatr buje w szyby, a w pokoju pali się lampa? [...] Nie myśli się wówczas o niczym [...] i tak mijają godziny. Nie ruszając się z miejsca człowiek przechadza się po krajach, które widzi oczyma duszy, i fantazja wplatając się w baśń igra ze szczegółami lub biegnie za głównym wątkiem. I zdaje się nam, że sami jesteśmy bohaterami tych opowieści, że pod ich szatą biją nasze serca.
Moja odpowiedź na pytanie z pierwszego zdania jest tożsama z repliką zawartą w pewnym dialogu wprost z Kariery Nikodema Dyzmy. Mianowicie: I co, panowie? Może być przyjemnie bez wódki? NIE MOŻE.
Niedługo się tutaj pojawią jakieś treści, bądźcie wyrozumiali. Tymczasem happy Flaubert's birthday y gute Nacht.
sobota, 30 listopada 2013
Ostatnio pilnie uczę się włoskiego. W tym celu wstaję co tydzień o piątej rano, podziwiam Turkę wyglądającą o tej porze jak Wichrowe Wzgórza, słucham Pei przez całą czterdziestominutową drogę na uczelnię, po czym wypijam kawę i załamuję ręce: che noia, jak nudno!. Kiedy inni dukają odmianę być i mieć i nie potrafią pojąć, do czego to wszystko służy, my z Piotrem zachowujemy olimpijski spokój i wypełniamy zadania z kolejnych rozdziałów. W najbliższym tygodniu nauczymy się czasu przeszłego prostego i wyprzedzimy grupę o dwie jednostki. Samokształcenie. Moje rozbuchane, dygresyjne wstępy przerastające część zasadniczą kiedyś się zemszczą. Ale nic to. Wszystko to piszę tylko w jednym celu: żeby Wam z włoska, z pasją, gorąco, głośno, gestykulując i przeżuwając pizzę prosciutto zakomunikować, iż
la donna è mobile!
I ja również, jako donna, zmienną jestem, dlatego weekendowy po długim wypoczynku w kokonie przepoczwarza się w Panią Browary. Nie musicie być zachwyceni. Pani Browary też będzie molto molto mobile, czasem coś z siebie wyrzuci, czasem to będzie o skokach, czasem o języku, czasem o literaturze, filmie albo o niczym - albowiem chodzi ona w patchworkowych sukniach i lubi oglądać świat przez kalejdoskop. Co wyjdzie - zobaczymy.
(Tak, odświeżam bloga w momencie, kiedy moja praca z romantyzmu liczy 0 (słownie: zero) stron, a deadline jest za dwa tygodnie. Pojęcie deadline'u dawno już nie miało tak dosłownego wydźwięku. W sumie to hehe.)
Dwa miniteaserki tego, co chciałabym napisać tu właśnie, na tym jasnym, w najbliższym czasie:
1) Próbowaliśmy z tatą rozkminić, jak po polsku brzmiałoby imię Jerneja Damjana. Rodziciel bardzo intuicyjnie rzucił, że może Jarek... Jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że Jernej to słoweńska wersja Bartłomieja... Jeszcze większe - popularnym skrótem tego imienia okazuje się Nejc; a więc Jernej Damjan i Nejc Deżman to po prostu dwa słoweńskie Bartki!
2) Nieco ponad miesiąc temu na Targach Książki w Krakowie nabyłam Miedzę Andrzeja Muszyńskiego - zbiór opowiadań w pewnym stopniu nawiązujący do Opowieści galicyjskich Stasiuka. O czym? Mówi się, że o prowincji; a według mnie raczej o wielkiej tęsknocie za rzeczami bezpowrotnie minionymi. Za zapachami, smakami, widokami dzieciństwa. Za wsią w dawnej, prawdziwej postaci, która dogorywa, skolonizowana przez mieszczuchów. Za innym spojrzeniem na życie. Na ostatnie momenty andrzejowych imienin jeden z licznych fragmentów przeze mnie zakreślonych:
Kupiłem ostatnio drogą lunetę i patrzę w niebo. Szukam w nim życia, bo tu go zabrakło.
Najlepsza książkowa inwestycja tej jesieni. O Tochmanie nie napiszę, bo zniszczył mi życie.
Nie będę się rozpędzać z tymi zapowiedziami, bo ich potem nie zrealizuję i co będzie, stanę się niewiarygodną autorką. Noł łej.
Jeśli nie macie innych planów na najbliższe 24 godziny swojego życia, możecie je spędzić na przykład na http://24hoursofhappy.com/, gdzie znajduje się dobowy teledysk Pharrela do piosenki, która zainspirowała mnie do kilku ostatnich działań. Albo kupcie czapkę od Piotra Żyły - moja już w drodze do paczkomatu. Albo po prostu pomóżcie dzieciom przetrwać zimę - jutro zbiórka uliczna. Dobrej niedzieli, stay tuned!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Blogger templates
Obsługiwane przez usługę Blogger.

