Chmury wyglądały dziś rano, jakby niebo przed wyjściem z domu zapomniało je uprasować.
Wiem, jak banalnie, tanio i kiczowato to brzmi, ale tak właśnie było - jakby się spieszyło, bo jest poniedziałek, a jeszcze wczoraj była niedziela i spało do południa, a organizm szybko przyzwyczaja się do luksusu i odmawia posłuszeństwa na progu nowego tygodnia, i wstaje się znacznie później niż słońce. Więc spieszyło się i w biegu wyciągnęło z szafy pierwszy lepszy pognieciony sweterek, naciągając go jedną ręką, a drugą jedząc szybkie śniadanie złożone z kanapki z serkiem ziołowym albo zalanych zimnym mlekiem płatków. Potem wybiegło jak oparzone na przystanek, bo nienawidzi się spóźniać, a kolejny ewentualny autobus jest, na oko, za sto lat. (No, może i za 30 minut, ale w skali takiego poranka to cała wieczność).
A potem poniedziałek, którego (prawie) wszyscy nienawidzą, rozwinął się tak ładnie, że sweterek okazał się niepotrzebny, więc może to i dobrze, że został przywdziany bez spiny i bez torturowania rozgrzanym żelazem. Bo nasze zaspane i trochę nieogarnięte niebo wygląda pięknie o tej porze roku, kiedy wreszcie zrzuca okrycie wierzchnie i dumnie paraduje przez dzień w błękitnej koszulce, która potem zmienia się w całą paletę pastelowego szaleństwa. Chyba, że decyduje się na szarości (których jest 256, a nie 50, jak chciałaby autorka pewnej niezwykle popularnej książki). Szarości niebom w tym sezonie stanowczo odradzamy.
(Tak dużo rzeczy, tak mało czasu. Tymczasem starość, ale w głowie jednak jakby młodość. A nowej płyty Lao Che słucha się nadspodziewanie dobrze.)
niedziela, 25 stycznia 2015
Miłość do skoków narciarskich w naszym narodzie od kilkunastu lat kwitnie, ostatnio nawet te jej kwiatostany udają się wręcz nadzwyczajnie, wybujałe za sprawą fantastycznych lotów Kamila Stocha i kosmicznych, kultowych już poniekąd wypowiedzi Piotrka Żyły (chyba już każdy słyszał, że córka zeżarła kostkę z kibla). Jednak prawdziwy egzamin dla tego uczucia nadchodzi, podobnie jak i inne miłe wydarzenia zwane u nas sesją, pod koniec stycznia, kiedy karuzela Pucharu Świata przenosi się do Japonii.
Bo obejrzeć skoki do niedzielnego kotleta na zasadzie "zawołaj mnie na Małysza" może każdy. Zwyczajowo plan niedzieli w polskim domu nie jest zbyt napięty, można więc popatrzeć na tych nieszkodliwych świrów, których rajcuje przypinanie sobie do nóg nart i udawanie drapieżnego ptactwa. Ale zawody w Sapporo to zupełnie inna bajka.
Sam fakt, że odbywają się w nocy naszego czasu, dodaje im pewnego mistycyzmu. Fan skakajców, wstając o pierwszej trzydzieści lub w ogóle się nie kładąc, na palcach poruszający się po cichym i ciemnym domu, by nie zbudzić domowników, nie odczuwa tego w kategoriach poświęcenia. Raczej jako coroczny rytuał, który kibicowskiemu życiu nadaje kolorytu i który w pewien sposób jednoczy tych prawdziwych i oddanych w swego rodzaju tajnym nocnym bractwie, spotykającym się mentalnie co roku i uczestniczącym wspólnie (choć fizycznie osobno) w pewnej tajemnicy. Ceremonia, której nie zrozumie skijumpingowy mugol. "Po co będziesz wstawać, pewnie będzie nudne. Obejrzysz sobie jutro powtórkę. A jak odwołają? Ej, przecież to takie same zawody, jak co tydzień."
Otóż bujda. Z racji samego nocnego anturażu wiele tych najważniejszych - a na pewno, co się z niemałym zdziwieniem odkrywa po latach: najwyraźniejszych - skocznych wspomnień łączy się właśnie z japońskimi zawodami. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy na Okrzei - 4 osoby, 38 m kw., pokój z siostrą - telewizor był oczywiście w tzw. dużym pokoju (w odróżnieniu od naszego małego), gdzie spali rodzice, w najmniejszym stopniu nieprzejawiający zainteresowania zerwaniem się w środku nocy, by popatrzeć na fruwanie na Hokkaido. Rytualny seans stanowił wówczas pod względem logistycznym nie lada wyzwanie - tym bardziej, że łóżko zajmowało znaczną część rodzicielskiej komnaty, po drodze napotykało się liczne inne przeszkody (stół, krzesła, psie zabawki), a zapalenie światła skutkowałoby niemiłą w skutkach wymianą zdań. Do dziś zachodzę w głowę, jak udawało się to wszystko przeprowadzić tak, by nikogo nie obudzić. Samo oglądanie oczywiście też okazywało dość specyficzne - volume: 1 (ergo 50% treści przekazywanych przez Stanisława Snopka nie docierało do spragnionych wieści z Okurayamy uszu Kasi), nieco zaspane, ale podekscytowane dziecię pod kocykiem, kończyny zdrętwiałe od napiętej, nieruchomej pozycji (gdybym się ruszyła, zaskrzypiałaby wersalka, a to niechybnie wyrwałoby ze snu kochanych staruszków). Identyczna oprawa towarzyszyła chyba najbardziej wzruszającemu momentowi w całej części życia poświęconej skokom, a mianowicie ceremonii medalowej po pierwszym konkursie w Vancouver, kiedy Adam odbierał srebrny medal. Płakałam jak bóbr i do rana nie mogłam spać z radości.
Albo inna przestrzeń, początek wieku, prawdopodobnie rok 2004. Strzelce, czyli wsi (nie)spokojna, wsi (dość) wesoła. U babci spędzało się głównie wakacje, ale w tamtym czasie sprawy toczyły się tak, że i ferie minęły na osobistym Zielonym Wzgórzu. Było okropnie zimno, całymi dniami czytałam Małgosia contra Małgosia, grałam w wojnę (makao jakoś nie było wtedy na czasie) albo układałam supertrudne puzzle 500 elementów, z których miał wyjść obrazek kudłatego psa i rudego kota. A w jedną ze styczniowych sobotnich nocy, oczywiście, trzeba było obejrzeć Puchar Świata. U babci było i łatwiej, i trudniej niż w domu. Łatwiej, bo wszystkie - mama, Gośka i ja - spałyśmy w jednym pokoju z telewizorem. Trudniej, bo od mojego łóżka do telewizora było najdalej, zapalenie lampki budziło moje kochane w sekundę, a sam telewizor, jako że był raczej starej daty, włączał się strasznie głośno. No i nie było słychać prawie nic. Ale kiedy się te trudności już pokonało, można było zatonąć w przesiąkniętym wieloletnim papierosowym dymem fotelu (to niezwykle niepoprawne i przewrotne i na pewno okaże się niedługo, że mam nieodwracalne zmiany w płucach, ale spora część mojego dzieciństwa pachnie fajkami, deal with it), wyciągnąć nogi i oprzeć je na zielonej pufie i fruwać razem z idolami. Inna sprawa, że, z tego co pamiętam (mogę się mylić, nie chce mi się tego sprawdzać, bo to nie jest najistotniejszy fakt w tej opowiastce), wielu z tych idoli, jak to się często w przypadku Sapporo zdarzało, wcale się tam nie pojawiło. No ale. Skakała wtedy jeszcze stara gwardia, o współczynniku wind/gate nikt nawet nie słyszał, a i wiatr nie odwalał takich cyrków jak dzisiaj. Mitycznie.
A dzisiaj? Dzisiaj warunki, w jakich przychodzi mi odbywać moje doroczne japońskie obrzędy, zmieniły się zupełnie. Co prawda dalej chodzę po domu na palcach, ale trasa do nadajnika jest dostatecznie dobrze oświetlona, volume 6 nie sprawia nikomu problemu, bo śpią zamknięci w swoich pokojach, nie muszę się kulić w nogach wersalki, a nawet zdarza mi się - co jest oczywiście niezdrowe i źle robi na linię (pewnie tak, jeśli się ją ma; ja nie mam, więc co mi szkodzi) - wsunąć jakąś słoną przekąskę. Mam przygotowane pikantne krakersiki z Biedry. AD 2015 ponadto nocne bractwo skoczne wychodzi poza intuicyjne odczuwanie, że jest więcej takich świrów jak ja, którzy właśnie w ciemnościach ściskają kciuki za swoich ulubieńców, z ekscytacji obgryzając paznokcie u pozostałych, nietrzymanych palców. Zakon nasz przeniósł się w dużej mierze do internetu, wiec twittujemy sobie, np. z Haną ze Słowenii, i no one doubt it - there's something special about it!
Poza tym nie kładę się spać, bo teoretycznie uczę się do egzaminów (jak możecie sami zauważyć, bardzo pilnie się uczę). Ale najważniejszy egzamin zdam. Dzisiaj o drugiej w nocy. Trzymajcie kciuki przez sen.
wtorek, 13 stycznia 2015
(Dzisiaj odbyła się pierwsza "Bitwa o literaturę" w tym roku. Nie mogłam być, ale za to wracam - myślami i słowami - do ostatniej zeszłorocznej, bardzo udanej... )
Spokojny, ale pełen oczekiwania na coś niezwykłego okołoświąteczny
grudniowy wieczór dwa lata temu. Pokój w półmroku, światło
choinkowych lampek wijących się wokół półek z książkami jak
bluszcz, zapach pomarańczy i goździków. Ciche, trzeszczące nieco
stare radio, na granicy słyszalności, bo domownicy, zmęczeni
lepieniem uszek, myciem podłóg i przygotowywaniem śledzi, rzucili
w końcu wszystkie te zadania, by rzucić się w objęcia Morfeusza.
I nagle jakby grom z jasnego nieba. Zaskakujący, pełen
pociągającego napięcia głos w radiu przedstawia historię
Konstantego Willemanna, Kostka, Kosteczka, który nie wie, kim jest i
daje się to zauważyć od pierwszych, niezwykle kunsztownie
zestawionych ze sobą słów. Ekspresja prezentowanej sceny, mroczny
klimat opisywanego warszawskiej kamienicy z początków II wojny
światowej, pewien wyczuwalny od początku językowy rytm –
wszystko to w danym momencie wstrząsnęło, poruszyło. Powieść w
radiowej Jedynce – Morfina...
...Szczepan Twardoch. Tak właśnie wyglądało moje pierwsze,
wirtualne, ale jednak – za sprawą magii radia – bardzo intymne i
niezapomniane spotkanie ze Szczepanem Twardochem. Niedługo później
przeczytałam Morfinę w całości, jednym tchem, sięgnęłam
też po Wieczny Grunwald i długo czekałam na premierę
Dracha. Nie potrafię wyjaśnić, co konkretnie oczarowało
mnie w śląskim pisarzu, ale z pewnością czynniki, na które
zwróciłam uwagę na samym początku, miały na to oczarowanie
znaczący wpływ. Fraza Twardocha, choć zmienna w kolejnych
powieściach, płynie wartko stałym rytmem, zgrabnie, erudycyjnie,
ale nie pretensjonalnie, tworząc światy bliskie naszym, ale jednak
– nieco inne. W pewien sposób niepokojące, pełne niejasnej
grozy, zamieszkane przez ludzi postawionych wobec wielkiej historii,
którzy okazują się łudząco podobni do nas samych. Ktoś, kto
potrafi tak malować słowem, musi być fascynującym człowiekiem.
I jest takim w istocie. Niemal dwa lata po pamiętnym radiowym
wieczorze miałam okazję przekonać się o tym podczas jednego z
cyklu spotkań Bitwy o literaturę organizowanego pod
auspicjami Teatru Starego w Lublinie. Szczepan Twardoch, dobrze
zbudowany, dość wysoki jasnowłosy mężczyzna mówiący z lekkim
(leciutkim, ale jednak wyczuwalnym i w tej części kraju dla części
populacji zainteresowanej językiem zupełnie rozbrajającym) śląskim
akcentem mógłby tego wieczoru, gdyby tylko chciał, skierować całą
uwagę zgromadzonych na swoją osobę, swoje życie, przygody i
zalety (co w historii Bitwy... zdarzyło się już
kilkakrotnie, by wspomnieć choćby październikową rozmowę Romana
Pawłowskiego z Ignacym Karpowiczem). Stało się jednak inaczej.
Oczywiście, można zaryzykować stwierdzenie, że pewien pierwiastek
narcystyczny kryje się już w samym założeniu spotkania
autorskiego – pisarz spotyka się przecież z tłumem w jakiś
sposób zainteresowanym jego osobą... Tenże pierwiastek da się
jednak rozbuchać i na nim oprzeć cały scenariusz podobnego
wydarzenia lub go zminimalizować i zamiast na sobie samym skupić
się na sprawach, o których zgromadzeni przyszli posłuchać.
Twardoch wybrał tę ostatnią opcję i sprawił, że dwie godziny
spędzone w Teatrze Starym stały się czasem żywym, poszerzającym
horyzonty, pełnym treści. Jakich treści? Pojawiła się między
innymi refleksja nad ideą przewodnią twórczości – trudno
uchwytną, migotliwą i stanowiącą tajemnicę, jak się okazuję,
nawet dla samego artysty. Inspirujące okazały się rozważania na
temat obowiązków pisarza w XXI wieku, a także przywoływanie tych
wielkich, którzy okazali się ważni dla ostatecznego kształtu
dzieł Twardocha i jego postrzegania siebie jako pisarza (np. Sándor
Márai – przyznam
szczerze, że wcześniej słyszałam o nim tylko raz; swoją drogą w
programie Roberta Makłowicza nagrywanym w Koszycach, mieście
rodzinnym Máraia –
warto mieć zawsze uszy i oczy szeroko otwarte). Gratkę nie tylko
dla fanów autora stanowiły rzecz jasna fragmenty jego ostatnich trzech
powieści (a może w zasadzie pierwszych trzech, wedle słów
samego zainteresowanego) w interpretacji Józefa
Szopińskiego. Mnie szczególnie intrygujący wydał się oczywiście
Drach, wówczas jeszcze nieprzeczytany, a zaskakujący
świeżością głównie w sferze języka. Niesamowita jest ta
właściwość Szczepana Twardocha – umiejętność odnalezienia niepowtarzalnego i przekonującego idiomu dla każdej kolejnej książki, ba – dla
każdej postaci w kolejnych powieściach.
(tak czytałam Szczepana w Szczepana; nie, jeszcze nie przeczytałam, delektuję się)
Bywa, że to, na co długo czekamy, rozczarowuje i pozostawia
niedosyt. Tym razem na szczęście było inaczej – niedosyt co
prawda pozostał, ale tylko dlatego, że mądrych rozmów chciałoby
się słuchać jak najdłużej, a nie przez krótkie i mijające zbyt
szybko dwie godziny. Zaproszenie Szczepana Twardocha na pole Bitwy
o literaturę było znakomitym pomysłem, wnoszącym do tego
cyklu nową jakość, zaszczepiającym nowe tematy. Chwała autorowi,
że podjął rękawicę i stawił się w pełnym rynsztunku – oby
powracał do Lublina jak najczęściej.
***
PS muzyczny: +50 do zadowolenia z siebie, kiedy znasz odpowiedź na pytanie muzyczne w Jednym z dziesięciu! Mascagni: mode on.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Witam po raz kolejny, kiedy już dawno zdążyliście o mnie zapomnieć.
W międzyczasie: zostałam felietonistką, przestałam być felietonistką, zaplanowałam wyjazd na skoki do Zako, odwołałam wyjazd na skoki do Zako, odwiedziłam Pragę, Drezno i Górecko, nie odwiedziłam Krakowa i Warszawy (w zasadzie to dość dziwne, ale z drugiej strony wcale nie), przytyłam ładnych parę kilogramów, nie napisałam prawie nic, przeczytałam 1234 lektur (o 4321 za mało), podjęłam pewne decyzje, zmieniłam je, w końcu podjęłam inne, nauczyłam się odróżniać gwarę spiską od orawskiej, nie nauczyłam się o wokalizacji jerów, za co mogę winić tylko siebie, przekroczyłam liczbę dopuszczalnych nieobecności na współczesnej, w związku z czym drżę przed najbliższą środą, uczestniczyłam w kilku spotkaniach z mądrymi ludźmi i w kilku z głupimi, nie zostałam Charlie Hebdo i tak jak Bono wciąż nie znalazłam tego, czego poszukuję.
(fot. by Adamo Franko, wspaniały fotograf z Gdańska, którego odkryłam dzięki mojej cudownej pracy! warto wchodzić, lajkować i udostępniać, polecam!)
Ale wciąż poszukuję, więc nie jest tak znowu najgorzej. Odebrałam ostatnio ważną lekcję i postaram się odrobić ją jak najlepiej. Nawet trochę wychodzi słońce. Zaczynam parę rzeczy od nowa, kto wie, może to odnowa, jakiej mi potrzeba. I będę częściej pisać, bo wczoraj odkryłam po raz kolejny, że to jedyne, co skutecznie wyciąga mnie za uszy z różnych bagien. Tak mi dopomóż... itd.
Trzymajcie kciuki, żeby przez cały rok tak mi się chciało, jak mi się nie chce jak mi się dzisiaj chce! Bo musi się chcieć, tyle rzeczy nas czeka w tym roku, a jednocześnie czasami się myśli, że nic. Byle się tak myślało jak najrzadziej. Wam i sobie życzę.
piątek, 12 września 2014
Czołem!
Tak bym chciała być prawdziwym blogerkię, wstawiać na blożka mądre i chętnie czytane przez ludzi notki i robić to regularnie i często... Ale w gruncie rzeczy nie mam zbyt wiele do powiedzenia, a kiedy ludzie nominują mnie do #BookChallenge (w zasadzie jeszcze nie dostałam nominacji, ale zostało to ustalone w kuluarowych rozmowach; są przecieki - w sumie jak Donek został wybrany na szefa wszystkich szefów to też były - taka szczelność w tym rządzie), stwierdzam, że nie czytałam żadnych klasycznych książek, które mogłabym wypisać, a na moim życiu najbardziej zaważyła lektura prowadzonych przez moich wujów w zeszytach o grubych okładkach kronik piłkarskich mistrzostw świata. I Podróży za jeden uśmiech. Oraz przeglądanego raz po raz przy nieco za słodkiej herbacie segregatora ze zbieranymi przez babcię drogą wysyłkową kartami z serii Mój Piękny Ogród. Nie zostałam przez to niestety ogrodnikiem (a szkoda, co okaże się w następnym akapicie), ale w teorii wiem, jak przycinać różanecznik. A przynajmniej wiem, co to jest różanecznik.
Anyway, w poniedziałek oglądałam w Teatrze Telewizji całkiem dobrą sztukę Juliusza Machulskiego pt. Brancz (funny Lublin fact - prapremiera tego spektaklu miała miejsce w naszym Teatrze Starym!). Miałam szczerą chęć napisać jej recenzję, ale Magda S. wie najlepiej, jak jest u mnie ze zbieraniem się do tego typu prac. (Ja naprawdę napiszę kiedyś o tych Związanych... Naprawdę.) Gdybym ostatecznie ją stworzyła, na pewno wspomniałabym, że prosta, jasna scenografia hotelowej restauracji okazała się idealnym tłem dla współczesnej na wskroś komedii o pokoleniowych przepaściach, snobistycznych słabostkach (Martula pałaszująca ostrygi z wykrzywioną buzią - kwint(zaślinienie się)esencja problemu!) i trudnych rodzinnych miłościach. Pewnie napomknęłabym coś o wyrazistych postaciach, o tym, że Stanisława Celińska jak zwykle zawładnęła sceną, a Anna Seniuk w roli walczącej z nieubłaganym czasem Alicji wzruszyła mnie i rozczuliła. I na tysiąc procent poświęciłabym cały akapit Dawidowi Ogrodnikowi, którego, jako raczkujący kinoman, odkryłam dopiero niedawno, oglądając Idę podczas jednego z seansów Miasto Movie Latem pod Teatrem im. Andersena (idealna miejscówa dla kina pod gwiazdami, brawo, Warsztaty Kultury!). Otóż u Machulskiego Ogrodnik grał Olafa, Hiszpana - i zaręczam, gdybyście nie wiedzieli, że to nasz polski chłopak z Wągrowca, uwierzylibyście, że to prawdziwy Iberyjczyk. Wstrzelił się idealnie w swoją postać, mówił jak Hiszpan, ruszał się jak Hiszpan. Po prostu był tym wymyślonym przez JM Olafem. I ukradł mi serce, tak samo jak ekranowej Neli.
Także tak, ja w poniedziałek byłam poniekąd w teatrze i nie mam z tego żadnych wymiernych korzyści. Moja siostra zaś była na salonach, a konkretnie na jednym Salonie Maturzysty, i opłaciło się, bo przyniosła do domu to:
Okazuje się bowiem, że KUL ogarnął się w końcu i postanowił wreszcie naprawdę być cool, zachęcając abiturientów do studiowania w swoich murach w bardziej kreatywny niż dotąd sposób i wypuszczając absolutnie zachwycającą kolekcję zakładek ze świętymi! Dodatkowo, co w przypadku mojej Alma Mater naprawdę zaskakujące, tych świętych wpisano w prosty i zajebisty design. Wspaniały krok. Gdyby nie to, że wiem, jak jest, przez same te "święte cudeńka" - szłabym!
Na szczęście są też inne miejsca, w które można pójść w tym mieście, tak jak chodzi Pan Darek z Lubelskiego flaneringu (super pomysł, czekałam na coś takiego, odkąd odkryłam flanering warszawski). Po tym, co zobaczyłam dzisiaj - co ciekawe, nie idąc, a siedząc, i to na Facebooku - wiem, że w najbliższym czasie trzeba koniecznie przejść się na Romantyczną i zobaczyć cudowne maki! A kto wie, jeśli lubelski rower miejski w końcu się u nas pojawi (stacje już są!), to może się uda nawet pojechać.
Odbywam teraz dość często podróże w czasie i możliwe, że niedługo poczuję potrzebę podzielenia się pamiątkami z tych wypraw. Może nawet tutaj. Póki co, zostawiam Was w piątkowy wieczór z ładną, melancholijną piosenką Adama "Naked" Levine'a i Gwen Stefani, który to utwór odkryłam dzięki Skubasowi, bo to dla niego ściągnęłam Spotify (pozdro, Domi!). Dozo!
czwartek, 4 września 2014
Relacje z miastem rodzinnym bywają trudne. Najlepszą diagnozę udało mi się znaleźć - wraz z nieocenionymi towarzyszami podróży - na murze gdzieś w Chorwacji. Gdzie dokładnie - nie pamiętam, ale czy to zresztą ważne, skoro przesłanie jest tak uniwersalne?
Dodając do tego moje własne, niezbyt zrównoważone podejście do życia i warunków bytowych, otrzymujemy obraz burzliwej, pełnej namiętności relacji. Często na głos przeklinam swój los w zatłoczonej dwójce, chcę pakować walizki i czym prędzej uciekać na szeroko pojęty zachód, żeby tylko zostawić za sobą cebularzowe miasto z blaszanym kogucikiem turkoczącym na wieży. Pozłoszczę się, pogniewam, pokłócę z całą rodziną, przejrzę oferty wszystkich uczelni w tym kraju i zdążę porównać odległości w kilometrach, by wyemigrować jak najdalej... a potem wstaje nowy dzień, wciąż lekko naburmuszona wjeżdżam do mojego miasta od wschodu. Patrzę przelotem na Słomiany Rynek, którego smutną, żulerską rzeczywistość z zadziwiającym skutkiem odnawiają ostatnio artyści. Podczas, gdy mający za sobą kolejarską przeszłość emeryci energicznie pakują się do autobusu na przystanku Kalinowszczyzna, wyobrażam sobie, jak pachnie chleb z piekarni tuż obok. Jadę skąpanym w zieleni odcinkiem drogi przy dworku Wincentego Pola, który znalazł się tu trochę zbyt pochopnie i choć pewnie początkowo czuł się tu nieswojo, wrósł na dobre w okolicę. Mijam kirkut o dramatycznych doświadczeniach, niszczejący plac Singera, gdzie stał kiedyś pomnik Bieruta, o którym słyszy się tu co chwila i spekuluje o jego polikwidacyjnych losach (w Kozłówce? Zamojskie już dawno sprzedały na złom), ukwiecony skwer Tarasa Szewczenki, patrzę na Zamek. I tak się godzimy, znowu, od lat. Ja i moje miasto.
I właściwie co jakiś czas można by robić listę kilku rzeczy, które w Lublinie dają radochę i zatrzymują tu mimo wszystko. No to może by tak...
1.
Tryb shuffle na iPodzie zna się na rzeczy. Idzie jesień. Najlepszy soundtrack na jesień to Skubas - true story since 2012. Nie wszyscy wiedzą, ale Skubas jest z Lublina. Tu się wykluł, chłopina, i stąd wyfrunął na podbój świata, jak cebularze, Bajm i Perła. Nie on jeden zresztą, ale o tym później.
2. Balkon przy ul. I Armii WP 7 o godzinie 8:56. Cudeńko, tak mi smutno, cienki jak barszcz aparat w mojej Nokii nie ogarnął tematu (to ten balkon na pierwszym piętrze).
Ale tyle tam kwiatków i roślinek łapiących już jesienne odcienie i ta śnieżnobiała firanka powiewająca przez balkonowe drzwi... Serio, kto może, niech pójdzie i zobaczy na własne oczy. Nie widziałam wnętrza, ale dla samego balkoniku mogłabym tam zamieszkać.
3. Panie z owocami, kwiatami i grzybami na Hipotecznej, reprezentujące prawdziwość i proponujące prawdziwy smak. Czekam, aż pojawią się maleńkie, kwaśne winogrona jak u babci. Dzisiaj - klasycznie, jak za pierwszym razem milion lat remu, jeżyny, słodko-kwaśne, czarne jak węgielki, najlepsze na świecie.
4. Mała czarna w jak zwykle radosnej, przytulnej i przyjaznej Cafe Heca. O, zaprawdę, powiadam Wam - made my day, nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. Florence Welch na soundtracku, uśmiech w gratisie.
5. Moja ignorancja w temacie sztuki współczesnej pozbawia mnie na co dzień niewyobrażalnych dawek piękna. Na szczęście jest Galeria na Płocie, która wskazuje słuszne drogi i prezentuje twórców, którzy zasługują na uwagę. Do końca września eksponuje ARCYDZIEŁA plakatu Rafała Olbińskiego. A wszystko to na odpicowanym jakiś czas temu ogrodzeniu Ogrodu Saskiego. Idźcie i patrzcie na to wszyscy.
6.
Nie wiem, co jako pierwsze urzekło mnie w Krzysztofie Zalewskim. Czy to, że kiedy byłem mały, miałem psa, bo akurat ja też miałam i to nawet wtedy, kiedy byłam duża i chociaż go kochałem, jakoś tak się zdarzyło, że mi zszedł, tak właśnie się zdarzyło. Czy może to tempo średnie i środa co dzień. A może to wszystko razem.Jest faktem, żem urzeczona. I tu kolejny funny fact dla niekumatych - na pytanie skąd on się wziął?! odpowiada sięz Idola Z LUBLINA! Krzysztofa też mi dzisiaj wybrał szczwany lis, tryb losowy.
I pewnie dałoby się tak więcej i więcej, ale spokojnie. Na dzisiaj fajrant. Nic na siłę. Nie idźmy na ilość, idźmy na jakość.
Idźmy oglądać mecz Polska - Wenezuela w knajpie, bo Solorz zakodował, a na meczykach.pl się tnie. Peace.
piątek, 4 lipca 2014
Czasem tak muszę. W sumie nie częściej niż raz na dwa lata, ale zdarza się. Najczęściej w czerwcu. Siadam sobie tam, na Kleeberga, w prawie zupełnej ciszy, zjadam kostkę gorzkiej czekolady, a dalej wszystko dzieje się samo. Grafomański potok słów w sam raz na bloga, którego prawie nikt nie czyta. Smacznego!
***
Tu, na Starej Kalinie, rzeczy zdają
się mieć własny bieg (chociaż, zważając na ich niespieszny ruch
w przód i niechęć do zmian, bieg nie jest chyba najbardziej odpowiednim słowem). Z
zagraconego balkonu, z jednej strony porośniętego ucywilizowanym
dzikim winem, z drugiej zastawionego typowymi składanymi krzesłami
drewnianymi, jakich każda polska rodzina od lat używa przy okazji
Wigilii, Wielkanocy, chrzcin i imienin, kiedy to liczba biesiadników
znacznie przekracza średnią codzienną i pojawia się
zapotrzebowanie na większą od standardowej liczbę miejsc
siedzących; a zatem z tego balkonu, gdzie zawsze podczas rzeczonych
imienin stoi wielki gar z rosołem, zielona brytfanka z indykiem i
pół(tora) litra wódki, od lat widać to samo. Tak, tak, Lublin,
miasto inspiracji, dynamicznie się zmienia – ale nie tu, nie po swojej
wschodniej stronie. Symbolicznie, według nieodgadnionych praw
rządzących światem, wschód zawsze pozostaje trochę dziki,
melancholijny i staromodny, nawet wschód w mikroskali. Wyglądasz z
balkonu i widzisz przede wszystkim morze zieleni, jakbyś się
znalazła na maleńkiej platformie nad bezludną puszczą; ale takie wrażenie
opuszcza cię ułamek sekundy później, bo na szóstym piętrze ktoś
ogląda monotonny amerykański film familijny w typie Beethovena 3 na tyle głośno, że przed oczyma duszy swojej jesteś w stanie
zobaczyć te cukierkowe, sielskie sceny rozgrywające się zapewne na
idealnie przystrzyżonym trawniku przed wzorcowym białym domkiem;
poza tym przez obserwowaną dżunglę co i rusz śmigają metalowe
puszki napędzane benzyną, dostarczające twoich współplemieńców
z i na doroczne obrzędy rzucania kwiatków pod nogi księży,
ministrantów i szeregowych parafian. Wyznawców tu w ogóle pod
dostatkiem – w bezsenne noce zamiast owiec liczyć można obrazki z
Jedynym Papieżem i Matką Boską w oknach bloku naprzeciwko. Tym
okiennym miniwystawkom często towarzyszą przerażające
skrzydłokwiaty, bujne paprocie i fiołki; parapety mniej zdobne w
świętych w trzech przypadkach goszczą imponujące kolekcje
storczyków. Co ciekawe, orchidee i dewocjonalia przeplatają się
fantazyjnie, tworząc fascynującą, eklektyczną kompozycję
ludzkich gustów, ale nigdzie w tym dziesięciopiętrowcu nie
zazębiają się ze sobą, rzadko też choćby sąsiadują ze sobą,
jakby utrzymując bezpieczny, chłodny dystans. Dwa stronnictwa.
Maleńkie wnękowe balkoniki w większości wyglądają tak samo, są
jak przygnębiający spadek po czasach, w których zostały
zaprojektowane. Równość, kolektyw, jednolitość. Żadnych
kwiatów, żadnych girland i innych oznak szaleństwa. Nieśmiało
sprzeciwia się siódme piętro, prowokując i przyciągając wzrok
kręcącym się na wietrze złotym, odpustowym wiatraczkiem; wydaje
mu się, że jest inny, a przecież jak wszystkie stoi w miejscu,
nieporadnie kręci się w kółko bez perspektyw, zależny od
wietrznego widzimisię. Prawdziwy opozycjonista to balkon na samej
górze, cztery wielkie skrzynki z czerwonymi (ach, ta przewrotność!),
bujnymi pelargoniami, dumny biały talerz Cyfry Plus zapewniający
łączność ze światem i okno na wiele jego stron, a także
elegancki parasol chroniący od słońca. Ze szczytu do słońca,
do kolorów najbliżej... Warto myśleć perspektywicznie – co,
jeśli w nadmiarze szkodzą?
Ale każdy czasem spogląda i w dół.
A tam – ten sam asfalt, na którym przed przeszło dziesięcioma
laty w wielkanocny poranek po radosnej gonitwie z kuzynostwem z
potężnym hukiem przewróciła się twoja mała wówczas
siostrzyczka i zdarła sobie caluteńką brodę, dzięki czemu choć
raz było co wspominać ze świątecznej wizyty u babci. Dziś po
szramie ani śladu, ale nieśmiertelny asfaltowy plac zabaw
pamiętający czasy dość już zamierzchłe, z wymazanym dziwną
czcionką bezdusznym białym napisem ZAKAZ GRY W PIŁKĘ, wciąż
budzi respekt. Po prawej tereny domu spokojnej starości, w którym
było się raz, jeszcze w poprzednim tysiącleciu (to zupełnie
dosłowne określenie czasu bez żadnej hiperboli), pewnego ciemnego,
grudniowego wieczora, z całkiem sporą zerówkową grupą
popołudniową, dla której była to nie lada wyprawa; i dla tych
seniorów odgrywało się jakiś przedszkolny teatrzyk, może się
grało bociana albo wróbla, albo innego kojarzącego się z
polskością latającego zwierzaka, a ci państwo promienieli, śmiali
się, klaskali w dłonie i z wilgotnymi powiekami mówili, że to
najpiękniejszy prezent, jaki w życiu dostali.
Z perspektywy balkonu na piątym
piętrze w tej chwili jest dokładnie tak samo jak piętnaście,
dziesięć, pięć lat temu, rok temu, w ostatnią Wielkanoc i w
przyszłe Boże Narodzenie. Znów ci się wydaje, że któreś z
dzieciaków za chwilę zamknie cię na balkonie, bo to najlepszy
dowcip, znów rzucasz okruszki chleba przez szparki pod balustradą,
znów biegniesz przez złowrogi plac zabaw, czekasz na prezenty pod
choinką albo żeby Pani Romana skończyła wreszcie śpiewać Upływa szybko życie. I nie zastanawiasz się, czy faktycznie
upływa.
W bloku naprzeciwko na drugim piętrze
wisi mała żółta płachta z napisem Sprzedam mieszkanie. 2
pokoje 48 m kw. Tel. 698....