środa, 20 czerwca 2012

(Może głodnemu chleb na myśli, ale tytułowa kolejka po zapoznaniu się z tym i z tym skojarzyła mi się z zaplanowaną na kiedyś-w-wakacje alkogrą Australia - Samoa Zachodnie... To słowo w kontekście futbolu nie może być przypadkowe.)

Ostatnie osiem spotkań podobało mi się najmniej, może dlatego, że emocje zdecydowanie o(d)padły po naszej porażce z Czechami i kilku innych wynikach, które mnie szczerze zasmuciły. Z oczywistych względów nie oglądałam wszystkich spotkań, bo jestem zbyt leniwa, żeby śledzić dwa mecze równocześnie, więc wybieram te dla mnie bardziej emocjonujące albo te, które komentuje Jacek Laskowski. A propos komentatorów - po fazie grupowej podzielam przesłanie zasłyszanej w krakowskiej strefie kibica przyśpiewki Ch** ci na imię, Szpakowski ty sk****synie! Nasza największa gwiazda stadionowego mikrofonu jest bowiem w moim mniemaniu rażąco niekompetentna, nieelokwentna, stronnicza i nudna. Zalety: dobry głos. . . . . . . Koniec.

Poziom moich skojarzeń z Euro z powodu dzisiejszej pogody i spędzenia trzech uroczych godzin w pełnym słońcu z ulotkami szkoły policealnej sprowadza się do 'Mesut Oezil na molo w Sopocie!!!!1!!1one1!! Mats Hummels, o, Theo Walcott! Bez ciebie nie idę... PIWO!!!' Dlatego oszczędzę Państwu i sobie tych katuszy. Miałam napisać podsumowanie trzeciej kolejki, ale zaprawdę, powiadam Wam: nie wiem, o czym. O fantastycznej bramce Zlatana? Owszem, naprawdę się postarał, było na co popatrzeć. O nieuznanej bramce Ukraińców? O uznanej bramce Hiszpanów ze spalonego? Owszem, zaistniały. Wypadałoby zapytać w takich chwilach, po co na boisku znajduje się tylu sędziów, skoro nie dostrzegają takich rzeczy. Ze słowiańskich drużyn w turnieju zostali więc jedynie Czesi, co strasznie mnie smuci, bo tak się dobrze zaczęło...
Ćwierćfinały będą fajne! Słowianie, chociaż nie są w wybitnej formie, mogliby ku mojej uciesze rozprawić się z Celtoiberami - skoro już przegraliśmy z nimi mecz o wszystko, to niech teraz przynajmniej daleko zajdą. Jeśli Niemcy nie wyrzucą Grecji z Euro, będę pić i płakać cały weekend, bo nie może być tak, że tego rodzaju drużyny odpadają. Taki piękny futbol przeciwko cwanym, leniwym draniom, którzy przy najbliższych zamieszkach w Atenach zdemolują Akropol! Mecz Hiszpania - Francja kreuje konflikt tragiczny - kto by nie wygrał, i tak będzie źle, jedna z dwóch najnudniejszych drużyn znajdzie się w półfinale, chce mi się płakać na samą myśl. Anglia - Włochy - nie wiem, co powiedzieć, nie kibicuję Anglikom, ale Theo Walcott... No, zastanowię się.
Miłych ćwierćfinałów!



(Ale słaby taki dzień bez meczu. Wybija z rytmu.)

niedziela, 17 czerwca 2012

To, co napiszę, ze sportem sensu stricto nie będzie miało wiele wspólnego.
Wczoraj - wielkie nerwy. Wielkie oczekiwania - po raz pierwszy w życiu, bo to był jednak najdłuższy piłkarski turniej z udziałem Polaków, odkąd nasze pokolenie śledzi Mundiale i Euro. Wreszcie mieliśmy się czym emocjonować przez cały czas trwania fazy grupowej, bo wszystko było możliwe do ostatniej minuty ostatniej kolejki. Przełamaliśmy smutny schemat z poprzednich takich imprez, kiedy traciło się nadzieję już na samym początku. Przez tych osiem dni było naprawdę pięknie, uwierzyliśmy, że może być jeszcze lepiej i mieliśmy do tego podstawy, chociaż... Polska reprezentacja jeszcze nie została ukształtowana, jeszcze nie wróciła na dobre tory, z których zboczyła kilkadziesiąt lat temu. Ale może dajmy jej jeszcze trochę czasu. Bo przecież wielkie sukcesy, osiągnięcia POTRZEBUJĄ CZASU. Ciężkiej pracy, potu, łez, po drodze wielu błędów i porażek. Może wreszcie ten turniej - z którego odpadamy ze smutkiem, ale przecież nie z towarzyszącym nam w latach 2002, 2006, 2008 zażenowaniem i nie w atmosferze skandalu, a raczej z (za)dumą i wdzięcznością - może więc ten turniej sprawi, że coś się zmieni. Może ktoś z ludzi, którzy o tym decydują, ruszy głową i wyciągnie budujące, a nie destrukcyjne jak dotąd wnioski. Bo czy z siatkarzami nie było podobnie?
"Przypomnij sobie czasy, w których uginaliśmy się przed Brazylią, a jak jest teraz, na wszystko potrzeba czasu i ciężkiej pracy." Jeszcze dekadę temu wcale nie byliśmy potęgą. Z oglądania siatkówki w dzieciństwie też pamiętam głównie porażki i to czasem dość sromotne. Ale coś się ruszyło. Nie nagle, po prostu zaczęły procentować jakieś reformy. I gdzie jesteśmy teraz? Teraz, po kilku złotych latach z medalami mistrzostw świata i Europy, Ligi Światowej i Pucharu Świata na szyi, pokonujemy w pięknym stylu Brazylię po raz trzeci w tym sezonie. 
Nie jestem ekspertem ani od siatkówki, ani od piłki nożnej. Jestem tylko kibicem, który obserwuje i widzi, że wszystko jest możliwe, ale nie natychmiast. 

Zaś obu naszym reprezentacjom jako kibic DZIĘKUJĘ. 
Piłkarzom - za to, że starali się jak mogli, żebyśmy byli z nich dumni. Za zaangażowanie. Za kilka naprawdę pięknych dni niesamowitych emocji. Siatkarzom - za to, że nas nie zawodzą, nie stoją w miejscu, tylko ciągle prą do przodu. I za to, że możemy się nazwać potęgą przez to, co robią.

Nie taki zatem smutny ten weekend, jak się to wydawało wczoraj około północy :)

piątek, 15 czerwca 2012

Zdecydowanie wpadłam w piłkoszał. 
Co prawda na ulicach mojej wsi i sąsiadującego z nią mojego miasta specjalnie nie wrze - na moją koszulkę w chorwacką kratę na mieście patrzono raczej sceptycznie poza entuzjastycznym powitaniem kolegów z uczelni - ale i tak dobrze się bawię. Ciekawy turniej, całkiem sporo bramek, zaskakujące rozwiązania, pogrom gwiazd - dzieje się, moi drodzy, dzieje się.

Krótkie podsumowanie drugiej kolejki, bardzo subiektywne.


Najciekawszy mecz: Szwecja 2 : 3 Anglia
Tego się nie spodziewałam. Ani szwedzki, ani angielski futbol nigdy nie budził mojego zachwytu i bardziej nudziłam się tylko na meczach Francuzów. Na początku zresztą było jak zawsze - podczas pierwszej połowy prawie zasnęłam, bo nic się nie działo. Najwyraźniej Erik Hamren w przerwie przemówił swoim piłkarzom do rozsądku i nagle się obudzili. I mnie też obudzili. I Anglików, którym miny zrzedły tylko na chwilę, a potem na boisku pojawił się Theo Walcott. Strzelił piękną bramkę i asystował przy jeszcze piękniejszej. Jestem pod wrażeniem, gdyby obie drużyny poprawiły skuteczność, to wynik byłby jakiś kosmiczny. Szwedzi jadą do domu, Zlatan pewnie okrutnie się złości, bo nie dość, że więcej nie pogwiazdorzy, to bramkę strzelił Mellberg, z którym ma na pieńku. Zaś Anglicy mogą jeszcze wiele zdziałać, a tyle się nasłuchałam (no, ciekawe od kogo?), że w ogóle powinni wszystko oddać walkowerem, bo nie ma kto grać, bo połamane nogi, kłótnie i śmierci w rodzinie. Widać dobrze im zrobił brak presji. 


Najnudniejszy mecz: Hiszpania 4 : 0 Irlandia
Tego wy się nie spodziewaliście. No jak to, tyle bramek, ta hiszpańska szkoła futbolu, no co ty gadasz!!! A ja się wynudziłam jak mops. Co z tego, że dużo goli, skoro wszystkie padły do tej samej bramki? A przez większą część meczu hiszpańskie gwiazdy, których nie lubię, podawały sobie piłkę bez większych utrudnień ze strony Irlandczyków. Wszyscy oczywiście są zachwyceni i wieszczą Hiszpanii obronę tytułu i Bóg wie co, może nawet mają rację, ale mnie się to nie podoba. Ciekawie na stadionie w Gdańsku zrobiło się od 85. minuty, kiedy irlandzcy kibice zaczęli śpiewać. Ciarki, aj, ciarki po plecach aż przeszły. Wielki szacun. Jeśli ktoś jakimś cudem nie słyszał:
Niesamowite.


Największa pozytywna niespodzianka: usuwam tę kategorię, bo w drugiej kolejce nie ma racji bytu, pozytywne niespodzianki mogą się wydarzać, kiedy jeszcze nic nie wiadomo, a teraz już jednak coś wiemy.


Największe rozczarowanie: Holandia 1 : 2 Niemcy
Chociaż w tym starciu kibicowałam Niemcom, smutno mi to pisać, bo pamiętam, jak fantastycznie grała Holandia dwa lata temu w RPA i aż żal patrzeć, jak bardzo wszystko im się posypało. Przez zdecydowaną część meczu nie byli w stanie skonstruować żadnej groźniejszej akcji, ożywili się na kwadrans, kiedy van Persie strzelił bramkę, ale - to już nie ta drużyna. Widać między nimi jakieś napięcia i niepewność, ładnie rozgrywają piłkę, ale kiedy przychodzi do strzału... Wiele jeszcze może się zdarzyć w grupie B, ale Holendrzy musieliby się totalnie zresetować i zbudować coś nowego. Czy będą w stanie? Nic na to nie wskazywało...


Najładniejsza bramka: Jakub Błaszczykowski, Polska 1 : 1 Rosja
Nie ma w ogóle nad czym się zastanawiać.
Jaki on boski, nasz Kubuś Błaszczykowski!!!


Największe rozczarowanie indywidualne: Cristiano Ronaldo
Obywatelu Ronaldo, weźcie mi powiedzcie, jak wy to robicie...* Co najmniej dwie bramkowe sytuacje z ogromnym potencjałem, a ten nie strzela. Co więcej, chodzi po boisku ze skrzywioną miną (identyczną jak osiem lat temu też na Euro) i złości się, jak do niego grają. Parabens!


Nagroda indywidualna: Theo Walcott
Zupełnie odwrócił losy meczu Szwecja - Anglia, naprawdę, dzięki niemu zaczęło się coś dziać. Poza tym - zupełna prywata - jego reakcja po strzelonym golu zupełnie mnie rozbroiła... Proszę się skupić na 0:10. Awwwww.

W sumie w tej kategorii miałam jeszcze kilku kandydatów, ale poczekam, może bardziej zasłużą w następnej kolejce albo jeszcze później. Chociaż chciałam też zwrócić uwagę na... albo nie, albo nie, bo zapeszę!!! Niech dalej gra tak, jak do tej pory, szczególnie jutro!


No, to trzymajcie się i nie dostańcie jutro zawału! Szkoda byłoby potem oglądać taki ciekawy ćwierćfinał w szpitalnym telewizorze na pieniądze.



*pozdrawiam 4c!

wtorek, 12 czerwca 2012

Nie mam nie mam nie mam czasu, ciągle zajęte wieczory, a tu ciągle coś trzeba robić, mimo że przecież nie mam sesji.
Ale oto krótkie podsumowanko pierwszej kolejki fazy grupowej Euro. 
Miałam to szczęście, że na samym początku tej szalonej imprezy miałam możliwość odwiedzenia prawdziwej kibicki w Krakowie (dzięki, D.!!!), gdzie czuć NIESAMOWICIE euroatmosferę. Ludzie w koszulkach reprezentacji z całego kontynentu śmiejący się na ulicach, holenderscy piłkarze pod Sheratonem (Dirk Kuyt porywający auto - bezcenny!) i gra w Irlande Duze Pła, ech... Strefa kibica zorganizowana średnio, ale mimo to warto było prawie spaść z ławki, wkurzać się na grubego kibica zasłaniającego telebim i doświadczyć innych niedogodności, żeby przeżyć z piętnastoma tysiącami ludzi moment, kiedy biało-czerwony wulkan wybucha po golu Lewandowskiego (a jeszcze bardziej chyba po obronie Tytonia).  Typowanie wyników nie poszło nam najlepiej, dlatego też nie wygraliśmy piwa w Gruzińskim Chaczapuri; swoją drogą, jeśli ktoś nie wie, gdzie obejrzeć mecz w Krakowie - gorąco polecam!!! Obfity zaprawdę zestaw kibica za 8zł, blisko Rynku, duży ekran, miła obsługa, kochani, naprawdę warto!

A od strony sportowej - takie tam refleksje z mojego punktu widzenia.

Najciekawszy mecz: Irlandia 1 : 3 Chorwacja
Dwie skazane na pożarcie w grupie C drużyny pokazały, że Włosi i Hiszpanie mają się czego bać. Zarówno przybysze z Wysp, jak i Bałkańczycy walczyli od pierwszej minuty z zacięciem i polotem, chociaż druga połowa to już zdecydowanie popis Chorwatów. Ciągle coś się działo, nawet P., raczej mało futbolowy człowiek, informował na fejsie, że nie może oderwać oczu. Nie ma Olićia, a i tak strzelają gole, i to nie byle jakie. Slaven Bilić nie żartował, rzucając przed turniejem buńczuczne 'Ne bojimo se nikoga!'. Hajde!

Najnudniejszy mecz: Niemcy 1 : 0 Portugalia
A spodziewaliśmy się napiętej i pełnej zwrotów akcji gry... Osobiście obstawiłam 4 : 2 (ech, adeus, piwo z wkładką...). Spotkanie w niektórych momentach niebezpiecznie zbliżało się do scenariusza niesamowicie nudnego spektaklu Celta Vigo - Cordoba (klik! nie zaśnijcie). Gdyby nie szklanka piwa, byłoby zaprawdę ciężko to przetrwać, nuda, nuda, nuda. K. z nudów tych wynalazł mnóstwo niezwykle przydatnych statystyk związanych z karierą reprezentacyjną Mariusza Jopa oraz zamówił gruzińskie pierogi. 

Największa pozytywna niespodzianka: Ukraina 2 : 1 Szwecja
Wszyscy przed mistrzostwami tak się zapatrzyli na Francuzów, Anglików i Wikingów, że po wschodniej stronie widzieli tylko nieudane sparingi i cierpiących z powodu zatrucia pokarmowego piłkarzy ukraińskiej sbirnej. Tymczasem doping na kijowskim stadionie tak poniósł Ukraińców, że aż miło było patrzeć na ich momentami szaloną, ale świetnie zorganizowaną grę w każdej formacji, od Piatova po Szewczenkę. Україна - це кльово?! кльово!

Największe rozczarowanie: Holandia 0 : 1 Dania
A miało być tak pięknie, bo Oranje mają tylu wspaniałych gwiazdorów! Zawsze grali przecież mądrze, ale i z polotem, tutaj grali tylko mądrze, polotu zabrakło. Robben szwankuje, niby to świetny piłkarz, a ciągle strzela wszędzie, tylko nie w kierunku bramki (zauważalne od finału Ligi Mistrzów). Może się rozkręcą ci nasi wicemistrzowie świata, byłoby dobrze, bo następny mecz to dla nich mecz o wszystko. Ale w sumie to mało smutne, kiedy przypomnę sobie, jak K. ze swoją pomarańczową koszulką wzbudził szczerą radość podchmielonych duńskich kibiców - wrong shirt! 

Najładniejsza bramka: Samir Nasri, Francja 1 : 1 Anglia
Spójrzcie tylko, naprawdę warto.


Najbardziej dramatyczny moment: Szczęsny z czerwoną
... cholera, Szczęsny z czerwoną. Chyba nie trzeba wyjaśniać.

Nagroda indywidualna: Przemysław Tytoń
No bo JAK ON TO ZROBIŁ! Wszedł sobie z ławki, nierozgrzany i bez większych problemów obronił karnego like a boss! Jestem dumna. Tak się rodzą bohaterowie. Oby z Rosją nie musiał zbyt często pokazywać, na co go stać. 

To tyle, idę pracować ciężko i jeść bigos i prasować koszulkę z orzełkiem na wieczór. Kibicujemy, rodacy!

czwartek, 17 maja 2012

Jakiś miesiąc temu byłam sceptycznie nastawiona do Euro. Pewnie dlatego, że byłam sceptycznie nastawiona do życia jako takiego i... Ech, nieważne, już mi przeszło i jaram się jak Lublin A.D. 1719 (zarówno kwestią Euro, jak i życiem jako takim). 
Dawno nic tu nie pisałam, bo też nie bardzo miałam czas i chęci. Teraz mam i jedno, i drugie, za to brakuje czynnika niebagatelnego - weny. Dlatego też postanowiłam podzielić się popełnionym trzy lata temu (a może i więcej, już nie pamiętam) opowiadaniem okołoeurowym, które swego czasu wygrało jakiś konkurs (niezbyt prestiżowy, mała konkurencja, ale zawsze to jakiś sukces). Nie do końca trzyma się realiów, poza tym trzy lata (albo więcej) temu nie były jeszcze przesądzone wszystkie kwestie typu terminarz, trener reprezentacji czy miejsce rozgrywania finału, ale - nieważne. Może ktoś przeczyta i się uśmiechnie - to mój cel.

Smacznego!

***
Lodówka

Szukam swojej lodówki.
Biednemu jednak zawsze wiatr w oczy. Kiedy po zaciętym boju półfinałowym z Holandią ktoś krzyknął: „Jedziemy do Warszawy! Koniec świata!”, wszyscy śmiali się w głos i wlewali w gardła złoty trunek z zielonych butelek, świętując historyczny sukces Polaków – pierwszy awans do finału Euro! Cóż. Nikt nie jest prorokiem w swoim kraju.
Bóg najwyraźniej jednak uznał, że to wystarczająco wzniosła i niepowtarzalna chwila. Dlaczego, do cholery, nie mógł poczekać 45 minut? Dlaczego w historii zapisane zostało „Polska nigdy nie zdobyła Mistrzostwa Europy w piłce nożnej”? Niepotrzebnie tyle wkuwaliśmy przez długie dwanaście lat edukacji o dziedzictwie kultury Majów, ich kalendarzu i przepowiedniach. W najważniejszej sprawie machnęli się o dobre pół roku. Każde dziecko wie, że miało to być dwudziestego pierwszego grudnia dwa tysiące dwunastego roku. Jest oto pierwszy lipca. Trwa narodowa gorączka futbolowa. Setki tysięcy kibiców ściągają do Warszawy w nadziei na drugi cud nad Wisłą, sprzedaż szalików reprezentacji wzrasta o pięćset procent, wszelakiej marki piwa o osiemset, trzy czwarte Polaków wywiesza w oknie biało-czerwone flagi z Tyskiego, kibice Legii, Wisły, Lecha, Motoru, Avii, Zawiszy Garbów, Izolatora Boguchwała jednoczą się w ten cudowny dzień jak nigdy przedtem, nikt niczego się nie spodziewa, a tu nagle – łup: w przerwie meczu finałowego naszego wyczekiwanego od lat turnieju na pięknym, napawającym dumą czterdzieści milionów obywateli Stadionie Narodowym w Warszawie przy bezbramkowym remisie Polaków z Niemcami na trzęsących się z emocji nogach wychodzę z pokoju w celu wydobycia z lodówki uprzednio schłodzonej Perełki Chmielowej (patriotyzm przede wszystkim, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz jakimś Carlsbergiem), butelek cztery, i co? Jestem w przedpokoju, kiedy kończy się świat.
Czesław Niemen na poczekaniu wymyślił bardziej aktualną wersję swojego przeboju. Siedzi teraz, czubek, niedaleko sterty złomu i śpiewa rzewne „Dziwny jest ten raaaj...”. W zasadzie się z nim zgadzam. Zaiste, dziwne rzeczy się tu dzieją. Stevie Wonder na ten przykład przejrzał i zobaczył, jak bardzo się pomylił, śpiewając „Isn’t she lovely”. Kraj miodem płynący to to nie jest. Jak na tę chwilę, na środku leży kupa lodówek, pralek, kuchenek mikrofalowych, skuterów i tego typu sprzętów, z którymi zakończyli swój na świecie zbożny pobyt (przy okazji, wreszcie odnalazł się, do tej pory anonimowy, autor Bogurodzicy; zabiedzony do granic możliwości mnich w nędznych łachmanach - swoisty poeta przeklęty...) wszyscy jego obywatele. Wszechmocny chyba nie miał pomysłu, co z nimi zrobić. Albo to jakieś niedociągnięcie wiecznego planu. Obiecywano krainę wiecznej szczęśliwości. Nie jestem szczęśliwy. Gdzie mój zimny browarek, zapytuję? Muszę szybko znaleźć swoją chłodziarko-zamrażarkę. Nie będzie łatwo. Swoją drogą, niezłe graty ludzie w domu trzymali...
Właśnie zastanowił mnie fakt, dlaczego założyłem, że jestem w raju. Im dłużej się przyglądam, tym mniej jestem tego pewien. Po co komu w raju zepsuty sprzęt RTV/AGD?
Sąd został odłożony do odwołania z powodu zamieszek. Bóg boi sie pokazać, także na razie koniec jakby niekompletny. Polacy grożą mu wywiezieniem na taczce, ewentualnie blokadą dróg (ładnych, prostych dróg bez dziur – chociaż nie można narzekać, polskie trzydzieści kilometrów autostrad zbudowane w ostatnich trzech latach nakazuje się cieszyć), Niemcom jest wszystko jedno (kończą przecież świat jako jego mistrzowie), reszta świata patrzy z boku i ze zrozumieniem kiwa głową. Ale decyzja jest chyba nieodwołalna. Trudno byłoby Bogu cofnąć to wszystko – transportować obie drużyny, trenerów, rezerwowych, asystentów, sędziów, asystentów sędziów, kibiców, pseudokibiców, komentatorów, operatorów i tak dalej na stadion, oba narody – polski i niemiecki – do pubów, ogródków piwnych, przed telewizory, na miejskie place z telebimami, amerykańskich żołnierzy do Iraku, Tybetańczyków do chińskich więzień, wietnamskich rolników na pola ryżowe, bułgarskich rolników na pola pszenicy, angielskich rolników na pola golfowe, i tak dalej, i tym podobne. Logistycznie ciężkie i złożone przedsięwzięcie. Ponadto Bóg słynie przecież z żelaznej konsekwencji.
Cholera. Znowu coś nam się należało i znowu nie ma. Ebi strzelił taką piękną, piękną bramkę. Co z tego, że był na minimalnym spalonym? Czym jest metr w obliczu wieczności? To takie niesprawiedliwe. Graliśmy jak nigdy. Nie wygraliśmy jak zawsze. W takim momencie, no. Nie potrafię się z tym pogodzić. Zresztą nie ja jeden. Polska kadra siedzi nieopodal, Borubar smętnie podbija piłkę czubkiem głowy, Lewandowski dokonuje oględzin paznokci prawej dłoni, Zahorski swoje gryzie. W oczach Jacka Krzynówka lśni ból. Nigdy wcześniej nikt nie widział w nich takiego ożywienia. Ebi najprawdopodobniej miota przekleństwami, ale pewien nie jestem, nie znam holenderskiego. Leo zaś zachowuje olimpijski spokój.
To wszystko bez sensu. Duch słowiański nakazuje w takiej chwilach się napić. Ale, do diabła – czego?!
Gdzie jest moja lodóweczka? Gdzie moja perełka złocista, mój skarb w płynie? Zaiste, zrozumiałem, dlaczego przez wieki ludzie bali się końca świata. Co prawda, jak do tej pory nie ma ognistych opadów, gradobić, siarczystych burz i innych apokaliptycznych atrakcji... Ale nie ma też czego się napić, nie ma co zjeść, nie ma gdzie spokojnie spocząć. Nie ma złotych medali na szyjach naszych chłopców. Z Kononowicza wszyscy się śmiali, a wychodzi na to, że miał rację, wypowiadając sławetne „nie będzie niczego”. Gdzie moja lodówka, niech to wszyscy święci!...
To bez sensu, nigdy jej tu nie znajdę. Co za ogromna, nieprzebrana otchłań złomu. Aż żal, że tu gdzieś nie ma skupu. Beznadzieja bucha mi z uszu. Miast lodówki znalazłem Wojtka z otwieraczem w prawej dłoni. (W lewej miał TV Pakę Lays’ów, ale szybko zeszły, nie ma się co rozwijać.) Wojtek to dobry kumpel. I ma ten sam problem. Wspólne problemy zbliżają. Co dwie głowy, to nie jedna. Razem raźniej. W kupie siła. I tak dalej.
Ale oto stała się światłość.
Bóg pragnie wygłosić orędzie. Tłum niespokojnie przemieszcza się w stronę promieni. Ktoś desperacko krzyczy:
- Boże, why?!
- For money – gdzieś z tumultu rzuca nonszalancko, niby to dowcipnie (a może po prostu automatycznie) Leo B. Ale jakoś nikt się nie śmieje, padają ku niemu raczej soczyste inwektywy i spojrzenia pałające żądzą linczu. Doprawdy, nikomu tu nie jest do śmiechu.
Poza Bogiem. Ten rechocze nerwowo, aż łzy ciekną mu nieopanowanym strumieniem. Chyba dla kurażu tak się maskuje. Nie ma się z czego cieszyć, oto przed nim niezliczone rzesze mieszkańców świata wszystkich miejsc i czasów. Będzie musiał się ostro tłumaczyć.
Zgromadzonych ogarnia zniecierpliwienie. Słychać znaczące chrząknięcia, posapywania, przestępowanie z nogi na nogę. Powietrze przeszywa odgłos tupania kilku milionów ludzi w rytm „We will rock you” Queen.
A Bóg, uspokoiwszy się, w końcu ukazuje się. W zasadzie, trochę oszukuje, bo głównie widzę bijące po oczach świetliste promienie i trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście zostałem stworzony na jego podobieństwo. Wyciąga ku nam ramiona i łka ze wzruszenia.
- Różnie to między nami bywało – przemawia drżącym głosem – ten potop, plagi i tak dalej, ale... Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam – miłujcie się, jak ja was umiłowałem! – pieje w ekstazie przez łzy spływające mu po policzkach.
Wtedy ubrany na biało przy fortepianie tego samego koloru zasiada Lennon w lennonkach i zaczyna grać swoje „Imagine”. Nie wiadomo skąd pojawia się w otoczeniu przecudnej urody cherubinów Yoko Ono. Robi się sielsko, hippisowsko, spokojnie i pacyfistycznie, ludzie wszelkich ras padają sobie w objęcia, wszyscy nucą, rzężą, śpiewają najlepiej jak umieją sławetny refren, kołyszą się złączeni ramionami i w zasadzie sceneria zamienia się w idealną na koniec świata u Dobrego Ojca, gdy nagle ktoś woła szyderczo:
- No wszystko pięknie, ale co z naszym meczem?
Atmosfera pryska jak bańka mydlana.
Beatles zamiera nad fortepianem. Jego żona histerycznie rzuca w eter bezsilne „damn it!” i wraca za kulisy, skąd przed chwilą wychynęła. Cherubini za nią. Bóg w nerwach pogryza wypielęgnowane paznokcie, szukając w swej wszechmocnej głowie odpowiedzi na pytanie mojego rodaka. Rozjuszony tłum powraca do skandowania szlagieru Queen. Freddie Mercury, pałając chęcią pomocy, wdziera się na scenę, wyrywa mikrofon Lennonowi i staje się głosem przewodzącym zdenerwowanemu chórowi.
- W zasadzie... – nieśmiało zaczyna nagle Bóg, a wszystkie niepokojące odgłosy natychmiast milkną. – W zasadzie... Ten koniec świata to wynik mojej pomyłki.
Odpowiada mu jęk zawodu, rozczarowania, zdumienia, zaskoczenia, złości, niezadowolenia i kilku innych uczuć.
- Chciałem wam spuścić tylko burzę, żebyście w razie czego, no wiecie – mruga w kierunku Krzynówka i kompanów – żebyście mogli powiedzieć, że murawa była za śliska...
Cała polska kadra jak na komendę spuszcza głowy w celu ukrycia rumieńców wstydu. Leo ostentacyjnie drapie się po czole.
- Ale pech chciał, akurat wtedy Ebi strzelił tę nieszczęsną bramkę... Aż podskoczyłem i zakrzyknąłem – koniec świata! Polacy prowadzą! No ale siedzę, oglądam dalej, nadziwić się nie mogę, aż o tym deszczu zapomniałem. I przyszło do przerwy, a ja nie mogę sobie przypomnieć, co to miałem zrobić, ale podchodzi do mnie Piotr i mówi „Panie, Tyś wspominał coś o końcu świata”. I myślę sobie, rzeczywiście, racja. I klasnąłem w dłonie, zawołałem Johna i Yoko, żeby się przygotowali...
Złowrogie buczenie przeszywa powietrze. Kibice zamieniają się w hodowców tulipanów, wszystkie butelki tracą dno... Sam się zastanawiam, jak wyrazić swój ból. Wojtek otwiera scyzoryk.
Bóg wzdryga się.
- Spokojnie, kochani – ucisza tłum słowem i gestem dłoni. – Rozumiem wasze bezbrzeżne rozczarowanie, bo nieopatrznie przerwałem wam w najważniejszym momencie. Ale, ale! Wszystko da się jeszcze naprawić! Hubercie, jak nasza murawa?
- W gotowości, panie – odrzeka niepozorny człowieczek w aureoli.
- Zaraz, zaraz... – ślad myśli nawiedza buntowniczą twarz jednego z kibiców z wymalowaną antyalergicznymi farbkami biało-czerwoną flagą na policzku – jak to: da się naprawić?
Wszechmocny śmieje się w głos.
- A co ty myślałeś, synu? Że nie ma u mnie stadionów?
I zaczyna się. Sztaby trenerskie, lekarze, fizjoterapeuci, rezerwowi zbierają przeróżne akcesoria i przenoszą się na rajski stadion. Kadrowicze obu krajów zmieniają koszulki na świeże i rozpoczynają szybką rozgrzewkę. Rzesze kibiców przemieszczają się na trybuny, ze strony Niemców pobrzmiewa gromkie „Lu Lu Lu Lukas Podolski”, Polacy odpowiadają okrzykami w stylu „drżyjcie rywale – nadchodzi Ebi Smolarek!” i we wszystkich wstępują nowe, niespożyte siły.
A my z Wojtkiem wciąż szukamy naszych lodówek. Trochę się tu teraz przerzedziło, bo każdy chce zająć jak najlepsze miejsce. Stadion Boga jest fajny, bo zmieszczą się na nim wszyscy. Zachodzę w głowę, jak On to skonstruował.
Przerzucamy kilogramy metalu, ale naszego sprzętu ani widu, ani słychu. Dosięgam ręką czegoś, co przypomina moją kochaną, utraconą chłodziarkę, ale szybko uświadamiam sobie, że przecież nigdy nie zbierałem magnesów z Danonków, także prawdopodobieństwo, że ten egzemplarz należy do mnie, jest znikome. Depczemy piloty od telewizorów nowej generacji N i kilka takich wynalazków włącza się w pobliżu, ukazując widok zwany w niektórych kręgach bitwą mrówek. W innych, mniej obdarzonych poetycką wyobraźnią, po prostu szumem i brakiem obrazu. Na nic się zdała nowa generacja – wobec wieczności każdy równy. Mijam po drodze kosiarkę spalinową firmy Silver (trzeba być niezłym pasjonatą, żeby kosić trawę w niedzielę wieczorem...), czerwony skuter w zupełnie dobrym stanie, golarki, tostery, opiekacze...
- Szybciej, bo zacznie się bez nas! – ponagla mnie Wojtek.
I oto w tej chwili muszę przesłonić oczy dłonią, gdyż z naprzeciwka coś intensywnie emituje promienie. Podchodzę bliżej i z radości chce mi się ryczeć.
- To ona! To moja lodówka! - wyjmuję dwie butelki, wyskakuję w górę, przybijam piątkę z Wojtkiem, a on stoi osłupiały i gapi się w jej kierunku. – No co jest, brachu? Nie cieszysz się? Mamy ją, stary!
- Po... patrz – jąka słabo, wskazując palcem przestrzeń za moim cudownym przybytkiem.
Moim oczom ukazuje się jeszcze bardziej cudowny przybytek.
Rząd... nie, sto rzędów... nie, nie, setki tysięcy rzędów lodówek z każdym rodzajem naszego ulubionego trunku w środku ciągną się malowniczo przez pole przed nami. Aż trudno uwierzyć, że ten sam Bóg, który je tu ustawił, jako jeden z grzechów głównych uznał nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.
To takie piękne.
Takie niesamowite.
Otwieram zębami obie butelki i jedną z nich podaję przyjacielowi.
- Zdrówko! – uśmiecha się on i pociąga z butelki obfity łyk złocistego napoju.
O tak, zdrówko!
Na wieki wieków.

poniedziałek, 26 marca 2012

Przyszła i widać ją nie tylko w budzącej się do życia przyrodzie i słońcu, którego coraz więcej.
Widać ją w świeżym i może bardziej bystrym spojrzeniu na świat. W dostrzeganiu szczegółów, które niby nie mają znaczenia, ale dodają dniom blasku. 


Na przykład - książki, które same znajdują człowieka, i to w miejscu, gdzie nikt się ich nie spodziewa.
Dosłownie spadają z nieba. Kto by pomyślał, że sobotni spacer po tureckim polu pełnym pustych kanistrów, starych butelek, kartonów i wszelkiego innego rodzaju śmieci (naprawdę, aż przykro patrzeć na ten bałagan) prosto pod nogi przyniesie fruwającą stronę z książki. Pierwszy rzut oka - 'nie znam, ale ktoś tu świetnie konstruuje dialogi'. Po googlowych poszukiwaniach ktosiem okazał się Marek Hłasko. A Cmentarze wędrują na (kosmicznie prędko się powiększający) stosik do przeczytania.


Na przykład - zupełnie nieznajomy chłopiec o jasnych oczach w wyjątkowo rzadko zaludnionej dziś dwójce; w zasadzie - piwnych, ale jasnych, promiennych i żywych jak na porę. W nowo założonym i opartym tylko na ulotnej pamięci Albumie Zdjęć Niewykonanych jego zwyczajna, ale przyjazna twarz ze wspomnianymi świetlistymi oczami pod samym kasownikiem z godziną 8:01 właśnie wylądowała na pierwszej stronie. Nie wiem, kim był, ale rzadko zdarza się, żeby ktoś w autobusie patrzył mi prosto w oczy tak długo. 


Na przykład - gwiazdy, które tu w Turce widać tak niesamowicie! Nie ma co prawda idealnego widoku jak w egipskich ciemnościach Urszulina w sierpniu (każdemu polecam; niebywałe, że na niebie mieści się aż tyle gwiazd, a w mieście widać tak niewielki ułamek), ale i tak miło spojrzeć w górę i WIDZIEĆ. Znalazłam - poza standardową Wielką Niedźwiedzicą - Wolarza, Koronę, Lwa i Oriona. Ach, vivat mapa marcowego nieba w odziedziczonej (czego On nie miał!) książeczce Obserwujemy nasze niebo S. Brzostkiewicza; dla laików, którzy na niebie odróżniają tylko księżyc, Wielką Niedźwiedzicę i światełko u szczytu dźwigu: w sam raz na wieczorne minieksploracje. Aż zatęskniło mi się za Bieszczadami i oglądaniem kraterów na Księżycu z Sorką D....


I właściwie można by tak wyliczać i wyliczać, dodać fascynujący mecz 1/2 finału Pucharu Ligi portugalskiej (Benfica 3:2 FC Porto) czy Sergio Pereza, który się pięknie cieszył po zajęciu drugiego miejsca w GP Malezji (właściwie mam dylemat, kto cieszył się piękniej, on czy Alo, obaj warci grzechu).


Zauważalnie - obudziłam się, jak borsuki i niedźwiedzie. I jakoś nagle chce mi się.
I posłuchajcie Lucia na dobranoc:
Z pozdrowieniami,
ja.

środa, 22 lutego 2012

Wynajdowanie przeróżnych ginących języków stało się ostatnio jedną z moich głównych namiętności. Różne mixy, mezclas i nie wiadomo co jeszcze, po pierwsze - urocze, zazwyczaj - choć skoślawione - brzmią śpiewniej niż koślawiony język popularny; po drugie - zazwyczaj z dawną tradycją, używane przez niewielu, ale przecież stanowiące główny wyznacznik tożsamości; po wtóre - bardzo l u d z k i e, bo powstałe z potrzeb, czasem w bólach, trudach i próbach asymilacji z ludnością miejscową, czasem w wyniku starcia dwóch różnych kultur, innym razem jako relikt przeszłej autonomii...

Zupełnie przypadkowo natknęłam się dziś na ladino - język judeo-hiszpański, którym posługiwali się Żydzi wygnani z Hiszpanii po dekrecie Izabeli Kastylijskiej z 1492r. I na ich przepiękną pieśń.
Zakochałam się w melodii i w brzmieniu języka, bardzo zbliżonego do hiszpańskiego, ale bardziej śpiewnego, jest w nim coś zupełnie odmiennego, ta żydowska nuta... Używa go 150 tys. osób na świecie, głównie w Izraelu i w Turcji, gdzie podejmowane są próby ratowania języka przez wydawanie gazet i książek w ladino, nadawanie audycji radiowych w ladino itd. Ciekawa rzecz.

Blogger templates

Obsługiwane przez usługę Blogger.
 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance