niedziela, 26 stycznia 2014

(Bo jakby na przykład zachciało Wam się pójść do teatru, to pewnie Książę i żebrak nie przykuje Waszej uwagi w repertuarze. A powinien!
Proszę trzymać za mnie BARDZO mocno kciuki we wtorek i w piątek. Proszę. )


***

 Kilka moich ostatnich wyjść do Teatru im. Juliusza Osterwy kończyło się mniejszym lub większym rozczarowaniem. Zapowiadający się nieźle Bóg Woody'ego Allena w lubelskiej adaptacji stał się sztuką dość mierną, zaś Pakujemy manatki według dramatu Hanocha Levina podziałało na widownię lepiej niż relanium. I kiedy wydawało się, że czas zmienić kierunek teatralnych poszukiwań, wiarę w możliwości tej największej lubelskiej placówki przywrócił spektakl pozornie zwyczajny, może nieco banalny i skierowany do młodszej publiczności. Nic bardziej mylnego.
Strzałem w dziesiątkę okazało się nawiązanie współpracy z reżyserem Pawłem Aignerem, który wziął na warsztat Księcia i żebraka Marka Twaina. To historia kultowa, książka znana czytelnikom na całym świecie, od dawna należąca do kanonu literatury dziecięcej i młodzieżowej. Nie trzeba chyba szczegółowo przypominać jej fabuły – oto na dwór angielskiego króla przypadkowo trafia nastoletni żebrak Tomek Canty, łudząco podobny do księcia Edwarda. Chłopcy zamieniają się ubraniami, nieświadomi dalszych konsekwencji takiej decyzji... Adaptacją sceniczną powieści Twaina zajęła się Malina Prześluga i przyznać należy, że wykonała swoją pracę wyśmienicie. Z racji tego, że odchodzi ona dość daleko od tekstu oryginału (do czego nawiążę w dalszej części tej recenzji), udało jej się ożywić i unowocześnić (ale rozsądnie i bez zbędnej przesady) opowieść przez liczne aluzje do aktualnej sytuacji politycznej, kulturowej czy nowinek technologicznych, a przede wszystkim – przez wprowadzenie do scenariusza dowcipnych i zgrabnie napisanych piosenek. Teksty do świetnie oddającej klimat produkcji muzyki Piotra Klimka robiły na publiczności (w większości w wieku szkolnym) duże wrażenie – gdzieniegdzie wybuchano śmiechem, rytmicznie przytupywano czy nawet podśpiewywano razem z artystami.
Ci ostatni spisali się tym razem na medal. Najjaśniej rozbłysła chyba gwiazda Daniela Dobosza, odtwórcy roli Tomka Canty'ego, czyli tytułowego Żebraka. Młodemu aktorowi udało się w tym spektaklu zaprezentować wszystkie swoje atuty – opanowanie i pełną ekspresji mimikę, precyzję ruchu scenicznego, doskonałą dykcję, a nawet wokal na przyzwoitym poziomie. Niewiele ustępował mu inny Daniel, tym razem Salman, który wcielił się w postać Księcia (swoją drogą, co za uroczy zbieg okoliczności, że aktorzy kreujący tych dwu tak podobnych do siebie bohaterów noszą to samo imię!). Imponująco zaprezentował się przede wszystkim w niełatwych scenach pojedynków, które wymagały od niego ogromnej zręczności i choćby podstawowej umiejętności władania szpadą (cóż z tego, że to tylko teatralny rekwizyt). Na uwagę zasługują także odtwórcy ról drugoplanowych, jak jedna z sióstr Tomka (Halszka Lehman), przedsiębiorczy biskup (Jerzy Kurczuk) czy będący narratorem całej historii hrabia Norfolk (Witold Kopeć).
Najmocniejsza strona większości spektakli wystawianych w ostatnich latach w Teatrze im. Osterwy – scenografia – nie zawodzi i tym razem. Za jej podstawę posłużyły w Księciu i żebraku stare, drewniane okiennice i futryny. Dzięki ich odpowiedniej konfiguracji i sprawnej transformacji w trakcie trwania sztuki udało się twórcom oddać zarówno klimat zbytkownego, opływającego w złoto i brylanty dworu królewskiego, jak i mroczną atmosferę półświatka londyńskiej dzielnicy nędzy. Liczne ruchome elementy wystroju sceny z pewnością przyczyniły się do lepszej recepcji przedstawienia wśród młodych widzów, których na widowni – z racji ostatniego dnia w szkole przed rozpoczęciem ferii zimowych – znalazło się całkiem sporo.
Istotnym wątkiem, o który warto zahaczyć, podsumowując ocenę Księcia i żebraka, wydaje mi się właśnie problem, który postaram się zawrzeć w formie pytania: czy jest to sztuka dla dzieci? Pod wieloma względami na pewno tak – to adaptacja powieści, która została napisana z myślą o najmłodszych. Barwne kostiumy i rekwizyty, dynamika akcji i wychodząca poza ramy sceny, momentami interaktywna gra aktorska – wszystko to sprzyja odbiorcy dziecięcemu. Wątpliwości budzić mogą jednak wspomniane już wcześniej aluzje zrozumiałe tylko dla dorosłych, przemycone między wierszami refleksje na temat ludzkiej egzystencji (w tym rozbudowane nawiązanie do barokowego dramatu Życie snem Pedro Calderona), a nade wszystko zakończenie, które z prostym dydaktyzmem ma niewiele wspólnego. Tu bowiem dochodzimy do momentu, w którym wersja zaprezentowana w Teatrze im. Osterwy znacznie różni się od tekstu powieści Twaina – w nowym ujęciu nie dochodzi do przywrócenia „status quo” sprzed zamiany miejsc. Tomek, żebrak, rozsmakowany we władzy nie decyduje się na oddanie angielskiej korony jej prawowitemu dziedzicowi i zostaje królem. Co dzieje się ostatecznie z Edwardem? Tego nie wiemy – możemy się tylko domyślać, że kończy w Tower... Książę i żebrak po lubelsku urasta więc do dramatu o władzy i przemożnym jej wpływie na ludzkie życie; ponadto staje się pogłębioną, pesymistyczną refleksją nad faktem, że często to jednak szata zdobi człowieka.

Wydaje się jednak, że to ostateczny argument przemawiający na korzyść tej sztuki. Obserwując reakcje zgromadzonych na widowni dzieci, mogę stwierdzić, że dynamiczny spektakl z pewnością ich nie znudził; jako przedstawicielka dorosłego już niestety audytorium również bawiłam się świetnie. Różnica wieku bez wątpienia wpływa na sposób postrzegania Księcia i żebraka, zarówno młodzi, jak i starsi wyjdą jednak z teatru zadowoleni i w jakiś sposób ubogaceni. Przyznam szczerze, że rezerwując bilety na tę sztukę nie spodziewałam się fajerwerków – jakże mile zostałam zaskoczona! Drogi „Osterwo” - podążaj tym szlakiem. To właściwy kierunek.

wtorek, 21 stycznia 2014

Siemacie,
można powiedzieć, że na moim blogu odbył się przedwczesny Wielki Post (prawie, bo bez dwóch dni). Kto powiedział, że będzie łatwo...

Nie mam w zanadrzu nic specjalnie ciekawego, ale wywiązuję się z obietnicy i wrzucam recenzję Miedzy Muszyńskiego. Jest sztywna i nienajwyższych lotów, ale bądźcie wyrozumiali, drodzy Czytelnicy - napisałam ją na zaliczenie. W sumie i tak powinniście się cieszyć, że nie piszę o skokach* :D

Smacznego, dokładka po sesji!

***



Ostatnia dekada na polskim rynku książki należała bez wątpienia do Wydawnictwa Czarnego. Nie opieram się w tej opinii na konkretnych danych statystycznych. Obserwacja rankingów popularności prowadzonych przez portale literackie czy choćby preferencji czytelniczych znajomych musi jednak prowadzić do wniosku, że Czarne zostawia konkurentów w tyle. Doczekało się nawet sporej grupy „psychofanów”, którzy w zasadzie nie sięgają po pozycje spoza jego oferty. Tu swoje dzieła wydają gwiazdy polskiego reportażu – by wspomnieć tylko Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła czy Jacka Hugo-Badera; tu debiutowały tegoż gwiazdy wschodzące, jak Filip Springer czy Maciej Wasielewski. Wielu wielbicieli literatury non-fiction spod czarnego szyldu zdaje się czasami zapominać, że to nie wszystko, co mogą tam znaleźć. Seria „Reportaż” przyćmiewa często prawdziwe perełki.

Tak właśnie stało się z Andrzejem Muszyńskim, który w roku 2013 opublikował w Czarnym swoje dwie książki. Pierwsza z nich, Południe, zbiór reporterskich refleksji z podróży po półkuli południowej, dotarła do dość szerokiego audytorium, ale nie spotkała się z entuzjastycznymi recenzjami. Jako część wspomnianej już wyżej serii reportażowej została jednak przynajmniej dostrzeżona. Prozatorski debiut Muszyńskiego, Miedza, nie miał tyle szczęścia.

Miedza to książeczka drobna, mieszcząca zaledwie dziewięć krótkich opowiadań, które połączył temat prowincji. Prowincji rozumianej szeroko i niejednoznacznie; prowincji, która jest raczej stanem ducha niż przestrzenią. Między wierszami tych małych form czai się pewien żal, pewna tęsknota za wsią, która zatraciła swój dawny charakter i już tylko nieliczni pamiętają, jak było przecież zupełnie niedawno. To próba ocalenia okruchów wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Klimat tych opowieści budują barwne szczegóły, drobiazgi, zazwyczaj prozaiczne, które tkwią w pamięci jak drzazgi – na przykład wychodek za stodołą czy ogromny słoik ogórków kiszonych. Muszyński pisze melancholijnie, ale nie naiwnie; czasami wręcz poetycko, ale nie popadając w egzaltację. Obrazom, które kreśli za pomocą barwnego języka, towarzyszy głęboka refleksja nad charakterem polskiej prowincji.

Zamieraniu kultury wiejskiej winne jest według niego przede wszystkim miasto – mieszkańcy wsi masowo emigrują do miast w poszukiwaniu lepszego życia, „miastowi” zaś sprowadzają się na wioski, by żyć wygodniej i spokojniej, tak naprawdę stylu życia nie zmieniając. Ci ostatni burzą jednak odwieczny porządek panujący na wsi – poczynając od topografii („zamknął się w swojej willi”, „po co mi tu bruk, asfalt?”), przez lokalne zwyczaje (wszak nikt już nie chadza w soboty na imprezy pod lasem, jak w opowiadaniu Kundel. Dziennik czwartoligowca), na stosunkach międzyludzkich skończywszy. Ale i emigranci ze wsi nie mają lekko – bo, czemu wyraz daje Muszyński w każdym ze swoich opowiadań, kto wychował się na prowincji, ten w pewnym sensie nigdy od tej prowincji nie ucieknie. Bo w głębi duszy wcale tego nie pragnie. Bo raj dzieciństwa wydaje się najbezpieczniejszą przystanią, „łanem niespieszności”. Pojawia się jednak rozdźwięk między tym, co we wspomnieniach, a stanem faktycznym. Na ławkach pod chałupami nie siedzą już sąsiedzi – ba, nie ma już chałup, nie ma już nawet sąsiadów. Wieś stała się „miastowsią” - przestrzenią od metropolii różniącą się już tylko rodzajem zabudowy i mniejszym natężeniem ruchu pojazdów mechanicznych. Wieś odchodzi, przemija, przegrywa. Bohaterowie większości opowiadań to ludzie dojrzali, po przejściach, starcy (czasem tylko duchowi), których prostoduszność i nieskomplikowane podejście do życia zestawia się dla kontrastu z poukładaną i racjonalną, ale i brutalną „kulturą miejską”. Doskonale ilustruje ten konflikt opowiadanie Mąka: biedna i zaniedbana wiejska pijaczka umiera po spożyciu pozostawionej na przystanku kokainy, która w jej oczach była po prostu mąką. Wspomniany przystanek wydaje się tu zresztą symbolem portu, z którego wyrusza się na podbój świata: tego bliskiego (sąsiednia wieś), tego upragnionego (miasto), ale i – jak w przypadku Gemeinschaft, nawiązującej do conradowskiego Jądra ciemności mrocznej historii o wędrówce przez kambodżańską dżunglę – świata wielkiego, szerokiego, dalekich krain, które okazują się w gruncie rzeczy podobne do rodzinnych Sosnowic. Ktoś mógłby bowiem zapytać – skąd w tym poukładanym tomiku Kambodża? Autor jednak wie, co robi - wspólnota prowincjonalnych doświadczeń okazuje się niezależna od szerokości geograficznej i kultury, w której wyrastamy. Najważniejszy w tym tekście okazuje się ponadto... powrót do rodzinnych stron i zderzenie własnych doświadczeń ze sposobem, w jaki świat oglądają rodzice: ludzie, którzy całe swoje życie spędzili na wsi. Ten motyw powraca i w innym opowiadaniu – Kundel. Dziennik czwartoligowca to gorzka gawęda o rozczarowaniu, młodzieńczych marzeniach i aspiracjach młodego piłkarza, bezskutecznie studzonych przez rozsądnych opiekunów. Jakże bolesne okazuje się zderzenie ideałów z rzeczywistością...

Nie jest jednak Miedza jedynie społeczną diagnozą – to także, a może przede wszystkim, bardzo osobista refleksja autora nad swoim miejscem w świecie. Akcję opowiadań osadza wszak w swojej „małej ojczyźnie”, we wsiach na pograniczu Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Górnego Śląska. Wydaje się, że tym zbiorkiem opowiadań niejako spłaca dług wobec stron, które go ukształtowały; uważnie słucha głosów okolic domu rodzinnego i oddaje głos tym, o których dotąd pisało niewielu. Andrzej Muszyński kontynuuje w pewnym sensie linię zaproponowaną przez swojego imiennika Andrzeja Stasiuka w Opowieściach galicyjskich: pisze cykl opowiadań o kondycji wsi po transformacji ustrojowej, jego bohaterami czyni ludzi nie zawsze rozumiejących zachodzące tam dynamiczne zmiany, chwilami stylizuje język na wiejską gwarę. Perspektywa człowieka młodszego o pokolenie okazuje się jednak zupełnie inna. Realizm magiczny Stasiuka ustępuje miejsca brutalnemu realizmowi Muszyńskiego, który nie daje nam zapomnieć, że debiutował jako reportażysta. Umie patrzeć, umie słuchać i wychwycić najistotniejsze rysy opisywanej rzeczywistości, które zamyka w obrazach prostych, ale przy tym niezwykle intensywnych i barwnych. Mimo iż wydaje je w Czarnym...

***

*Btw, decyzję o zabraniu do Soczi Kubackiego uważam za bardzo słuszną. Kruczku, ufam Tobie.

czwartek, 12 grudnia 2013

Nie będę udawać, że chce mi się dzisiaj pisać - po prostu okazja raczej tego wymaga, więc jeśli wybaczycie, zamelduję się i pójdę spać, a zaległości nadrobię w najbliższych dniach.
Otóż portal lubimyczytac.pl (propsy, ostatnio wygrałam tam książkę w jednym z konkursów - pisanie komciów w wolnym czasie popłaca, polecam, KL) uświadomił mi właśnie, że dziś czyje urodziny? No, no?
Gustava Flauberta!!!
A gdyby on się nie narodził, to nie byłoby Pani Bovary. A gdyby nie było Pani Bovary, to nie byłoby... no właśnie.

Wspomniany portal wybrał też idealny cytacik z PB, który pozwolę sobie przytoczyć, bo nie mam lepszego pomysłu na notkę.


[...] czyż może być coś milszego, jak siedzieć z książką wieczorem przy kominku, podczas gdy wiatr buje w szyby, a w pokoju pali się lampa? [...] Nie myśli się wówczas o niczym [...] i tak mijają godziny. Nie ruszając się z miejsca człowiek przechadza się po krajach, które widzi oczyma duszy, i fantazja wplatając się w baśń igra ze szczegółami lub biegnie za głównym wątkiem. I zdaje się nam, że sami jesteśmy bohaterami tych opowieści, że pod ich szatą biją nasze serca.


Moja odpowiedź na pytanie z pierwszego zdania jest tożsama z repliką zawartą w pewnym dialogu wprost z Kariery Nikodema Dyzmy. Mianowicie: I co, panowie? Może być przyjemnie bez wódki? NIE MOŻE.

Niedługo się tutaj pojawią jakieś treści, bądźcie wyrozumiali. Tymczasem happy Flaubert's birthday y gute Nacht.


sobota, 30 listopada 2013

Ostatnio pilnie uczę się włoskiego. W tym celu wstaję co tydzień o piątej rano, podziwiam Turkę wyglądającą o tej porze jak Wichrowe Wzgórza, słucham Pei przez całą czterdziestominutową drogę na uczelnię, po czym wypijam kawę i załamuję ręce: che noia, jak nudno!. Kiedy inni dukają odmianę być i mieć i nie potrafią pojąć, do czego to wszystko służy, my z Piotrem zachowujemy olimpijski spokój i wypełniamy zadania z kolejnych rozdziałów. W najbliższym tygodniu nauczymy się czasu przeszłego prostego i wyprzedzimy grupę o dwie jednostki. Samokształcenie. Moje rozbuchane, dygresyjne wstępy przerastające część zasadniczą kiedyś się zemszczą. Ale nic to. Wszystko to piszę tylko w jednym celu: żeby Wam z włoska, z pasją, gorąco, głośno, gestykulując i przeżuwając pizzę prosciutto zakomunikować, iż
la donna è mobile!
I ja również, jako donna, zmienną jestem, dlatego weekendowy po długim wypoczynku w kokonie przepoczwarza się w Panią Browary. Nie musicie być zachwyceni. Pani Browary też będzie molto molto mobile, czasem coś z siebie wyrzuci, czasem to będzie o skokach, czasem o języku, czasem o literaturze, filmie albo o niczym - albowiem chodzi ona w patchworkowych sukniach i lubi oglądać świat przez kalejdoskop. Co wyjdzie - zobaczymy. 

(Tak, odświeżam bloga w momencie, kiedy moja praca z romantyzmu liczy 0 (słownie: zero) stron, a deadline jest za dwa tygodnie. Pojęcie deadline'u dawno już nie miało tak dosłownego wydźwięku. W sumie to hehe.)

Dwa miniteaserki tego, co chciałabym napisać tu właśnie, na tym jasnym, w najbliższym czasie:

1) Próbowaliśmy z tatą rozkminić, jak po polsku brzmiałoby imię Jerneja Damjana. Rodziciel bardzo intuicyjnie rzucił, że może Jarek... Jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że Jernej to słoweńska wersja Bartłomieja... Jeszcze większe - popularnym skrótem tego imienia okazuje się Nejc; a więc Jernej Damjan i Nejc Deżman to po prostu dwa słoweńskie Bartki!

2) Nieco ponad miesiąc temu na Targach Książki w Krakowie nabyłam Miedzę Andrzeja Muszyńskiego - zbiór opowiadań w pewnym stopniu nawiązujący do Opowieści galicyjskich Stasiuka. O czym? Mówi się, że o prowincji; a według mnie raczej o wielkiej tęsknocie za rzeczami bezpowrotnie minionymi. Za zapachami, smakami, widokami dzieciństwa. Za wsią w dawnej, prawdziwej postaci, która dogorywa, skolonizowana przez mieszczuchów. Za innym spojrzeniem na życie. Na ostatnie momenty andrzejowych imienin jeden z licznych fragmentów przeze mnie zakreślonych:
Kupiłem ostatnio drogą lunetę i patrzę w niebo. Szukam w nim życia, bo tu go zabrakło.
Najlepsza książkowa inwestycja tej jesieni. O Tochmanie nie napiszę, bo zniszczył mi życie.


Nie będę się rozpędzać z tymi zapowiedziami, bo ich potem nie zrealizuję i co będzie, stanę się niewiarygodną autorką. Noł łej. 

Jeśli nie macie innych planów na najbliższe 24 godziny swojego życia, możecie je spędzić na przykład na http://24hoursofhappy.com/, gdzie znajduje się dobowy teledysk Pharrela do piosenki, która zainspirowała mnie do kilku ostatnich działań. Albo kupcie czapkę od Piotra Żyły - moja już w drodze do paczkomatu. Albo po prostu pomóżcie dzieciom przetrwać zimę - jutro zbiórka uliczna. Dobrej niedzieli, stay tuned!

wtorek, 8 października 2013

(Jeśli masz niski próg tolerancji dla grafomanii, nie czytaj tego tekstu. Nie będzie tu nic o Nike dla Joanny Bator, w zasadzie nie będzie tu nic o niczym. Nie pozdrawiam, bo jestem chora.)

***

Kosz stoi samotnie.
Stoi i jest prawdziwym symptomem jesieni, oznaką niezaprzeczalną i nie do obalenia. Gdyby był to chociaż kosz pełen jabłek, śliwek czy orzechów. Kosz wiklinowy, jeszcze próbujący uchwycić w ciasnych ciepłych splotach ostatnie podrygi lata, promienie wyższego słońca. Albo – jeśli to zbyt zuchwałe życzenie – kosz na śmieci niczym róg obfitości na miarę naszych czasów: żeby się z niego wylewały różnokolorowe papierki po Kit-Katach i Snickersach, po Lays'ach, prażynkach paprykowych i agreście w czekoladzie, szklane i plastikowe butelki z misiami z jednej, a kolorowankami z drugiej strony etykietki, artystycznie zdobione paczki po mentolowych papierosach (które miały zniknąć, ale zostają). Żeby było w nim życie, niezbity dowód na istnienie życia na przedmieściu. Żaden z tych koszów nie jest jednak koszem, który stoi. Ten – banalny i odrapany obiekt służący do uprawiania sportu, któremu posłużył nawet za podstawę słowotwórczą nazwy – nie jest pełen niczego poza obojętnością. Z racji swojej anorektycznej powierzchowności automatycznie wzbudza dreszcz, potęgowany jeszcze przez niesprzyjające warunki atmosferyczne. To, co było zaletą i swoistym magnesem jeszcze miesiąc temu – dobre proporcje, nienaganna figura, kolorowa siatka ze sznureczków jak naszyjnik zwieszająca się z obręczy i przywodząca na myśl boiska NBA – dziś już nie pociąga. W słońcu wszystko wygląda lepiej, ta modna chudość sprawia, że kosz staje się wtedy celebrytą, jest uwodzicielski i zabawny, rozchwytywany przez okoliczne dzieciaki wypełniające pustkę upartymi rzutami. Kauczukowa skóra piłki zmysłowo ociera się o tablicę, o chłodny metal okręgu stanowiącego centrum i kosz wie, że ktoś go dostrzega, ktoś go potrzebuje. Może i obszedłby się bez jego obecności, ale nawet nie próbuje – to musi świadczyć o pewnym przywiązaniu. Te idylliczne obrazki szybko tracą wyrazistość, by w końcu zupełnie się rozmyć. Wraz z krótszymi dniami smutnej pory na „j” nadchodzi arktyczne powietrze, złowroga wilgoć, katar, grube kurtki i dziesiątki zadań z matematyki na jutro. Bardziej zaborczy staje się ekran ciekłokrystaliczny, podczas letnich miesięcy zgodnie dzielący się zainteresowaniem młodzieży z koszem. Anemiczny, patykowaty stoi teraz jak niewidzialny między połową bliźniaka a pomalowanym na beżowo eleganckim domem z katalogu. Obnażony i upokorzony, tekstylna biżuteria została wszak przez praktycznych i zapobiegliwych graczy schowana głęboko w szafkach garażu gdzieś między słoikiem z gwoździami a silnikiem od odkurzacza, żeby powrócić w chwale najwcześniej pod koniec marca. Jedyną, choć marną, pociechą jest fakt, że i tak nikt tego nie zauważy – razem ze zmianą pory roku zmienia się zupełnie ostrość widzenia. Przygaszone jesienne kolory z niektórymi obiektami obchodzą się tak bezlitośnie, że zdają się one kompletnie zlewać z otoczeniem. Kosz mój samotny to jeden z takich mimowolnych październikowych kameleonów.
Stoi więc i będzie tak stał w szare popołudnie i w noc listopadową rzewnie płaczącą nad jego postępującym zanikaniem, które osiągnie swoje apogeum podczas ferii zimowych.
Przechodniu, powiedz tacie...

niedziela, 22 września 2013

Jest teraz dzień jakby kanciasty, pachnący papierem pakowym i drucianą siatką. Od tego zapachu umierają pszczoły. I wiem, że niedługo przyjdą kolory zamglone, sine, kolory ziarniste, sypkie i ruchome. Na razie jednak świeci słońce i ogarnia mnie strach, bo jesień jest zawsze oczekiwaniem na. Oczekiwaniem napiętym do granic możliwości z początkiem września, żeby wyschnąć, skruszeć i rozwiać się na wietrze pod koniec listopada.

Tak o panującej w naszej szerokości geograficznej od wczoraj porze roku pisze jedna z finalistek tegorocznej Nagrody Literackiej Nike, Kaja Malanowska. Patrz na mnie, Klaro! to dobra powieść, przede wszystkim pod względem językowym - przeplatają się w niej trzy, stylistycznie zupełnie od siebie różne, narracje, a każda z nich jest przemyślana i dopracowana. Zamętu nie ma, jest niepokój, niejasność, refleksyjność... Ze względu na tematykę wydaje się jednak, że ten utwór skierowany został przede wszystkim do kobiet - i z tego powodu w wyścigu po Nike wspieram kogoś innego. Ale nie o tym chciałam napisać. (W zasadzie - o tym też, ale w swoim czasie.) Nawiązując do powyższego cytatu - bardzo mnie urzekł, bo dawno nikt tak nie oddał mojego jesiennego stanu, nikt go tak dobitnie nie nazwał: oczekiwanie na - chciałam, jak rok temu, napisać, na co czekam. Spokojnie - tylko w dziedzinie kultury, innych oczekiwań uzewnętrzniać nie zamierzam.

Zacznę od literatury, bo na tym polu szykuje się kąsek szczególnie smakowity dla ludzi mojego pokroju, tj. dla psychofanów polskiego reportażu, a przede wszystkim Wojciecha Tochmana. Współpracując z przenikliwym fotografem Grzegorzem Wełnickim, od ponad dwóch lat uparcie przemierzał on Filipiny, jak zwykle stawiając - sobie, rozmówcom, przyszłym czytelnikom - pytania bez odpowiedzi. Efektem tej współpracy jest Eli, Eli, książka ponoć zarazem zupełnie inna, jak i łudząco podobna do opowieści z Ruandy czy Bośni. Premiera już 9 października. Po wakacjach spędzonych na nadrabianiu tochmanowych zaległości - wiem, że warto. W temacie reportażu zaś chwilę jeszcze pozostając - ciekawa jestem także innej, zbliżającej się do księgarń nowości spod szyldu Wydawnictwa Czarnego. Już w najbliższą środę wychodzi bowiem Wanna z kolumnadą - czwarte dziecko bodaj najbardziej przebojowego reportera ostatnich miesięcy, Filipa Springera. Jak sam twierdzi, porusza go kwestia polskiej przestrzeni i grzechów, które - na niej popełnione - zaowocowały kiczem, brzydotą i chaosem. Czy da się wyczarować fascynującą opowieść, bazując na mniej fascynującym temacie? Jeśli jest się Springerem, nie wątpię, że jest to możliwe. W moim przypadku o konieczności pochłonięcia tej lektury przesądził chyba jednak ten krótki filmik: powściągliwa radość autora. Miłość, serduszka, zachwyt.

Wydarzeniem literackim, w które po raz pierwszy realnie się zaangażowałam (ach, ten rok na polonistyce!), jest wspomniana już na początku Nagroda Literacka Nike, której laureata poznamy 6 października. Z finałowej siódemki przeczytałam pięć pozycji (nie udało mi się dorwać tylko reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej i pierwszego w historii komiksu nominowanego do Nike autorstwa Macieja Sieńczyka) i, mając taką bazę, z całego serca kibicuję Szczepanowi Twardochowi i jego Morfinie. Żeby się dobrze zrozumieć - nie umiem (i pewnie się nie nauczę) porównać takiej prozy z tomikiem poetyckim Justyny Bargielskiej, zaś pozostałe powieści (Noc żywych Żydów Igora Ostachowicza, Ciemno, prawie noc Joanny Bator i Patrz na mnie, Klaro! Malanowskiej) są naprawdę dobre, ale w każdej z nich szczególnie dobry okazuje się po prostu któryś element. U Twardocha zaś zachwyciła mnie całość - styl, język, temat, bohater, elementy świata przedstawionego. Wydaje się, że jest faworytem - ale różnie to z Nike bywa. Okaże się za dokładnie dwa tygodnie.

Żeglując po niespokojnych wodach tego tekstu, zawinę na chwilę do teatralnego portu - i choć wielką znawczynią tematu nie jestem, na deskach lubelskich ośrodków zawsze znajdzie się coś ciekawego. Pod warunkiem, że zacznie się szukać. Wczoraj zawitałam po raz pierwszy (i to od razu w charakterze współpracownika) do Czytelni Dramatu, która projektem jest nietypowym. Reżyser Daniel Adamczyk i jego aktorzy biorą na warsztat dramat współczesny i zajmują się czytaniem perfomatywnym. To coś więcej niż zwykłe czytanie, ale wciąż mniej niż zwykły spektakl - i chyba w tej przejściowości tkwi sekret atrakcyjności przedsięwzięcia. Jazz rosyjskiego dramaturga Konstantina Kostienki, niejasna sztuka ocierająca się o teatr absurdu, nabiera niezwykłej mocy czytana przez ludzi, którzy znają się na rzeczy. Nie znam dalszych planów Daniela, ale za co by się nie zabrał - czekam na to niecierpliwie. A z innych nadchodzących perełek - koniecznie chcę wybrać się na Lód w reżyserii Janusza Opryńskiego (premiera dzisiaj w Centrum Kultury). To sceniczna adaptacja powieści Jacka Dukaja o tym samym tytule. Akcja wydaje się ambitna każdemu, kto choćby widział tę książkę. I jej objętość. Przenieść przeszło tysiąc stron powieści political fiction na teatralną scenę - to musi być niezwykłe. Planuję przekonać się o tym na własne oczy podczas 18. Międzynarodowych Konfrontacji Teatralnych (w tym roku w dniach 12-19.10.)... ale czy niknąca w oczach zawartość portfela na to pozwoli? Zobaczymy.

Filmowo, jak wiedzą ci, którzy mnie znają, jestem kompletnym laikiem, chociaż wakacyjne miesiące nieco mnie zmieniły. Obejrzałam kilka dobrych, kilka zupełnie kiepskich filmów, a przede wszystkim - parę zwiastunów, zachęcających do wysupłania kilkunastu złotych na kino. Nie zamierzam jednak udawać, że się na tym znam, mogę co najwyżej podzielić się własnymi sympatiami czy wrażeniami. Najbardziej w tej materii, jak każdy lublinianin, czekam oczywiście na otwarcie Multikina przy Olimpie, zapowiadane na koniec października. Jutro z okazji poniedziałku i tańszych biletów w jednym z (póki co) dwóch lubelskich iluzjonów wybieram się na W imię... Małgorzaty Szumowskiej. Zawsze - chociaż nie wiem, jaka jest tego przyczyna - poruszał mnie temat homoseksualistów w filmie, a poza tym uwielbiam Andrzeja Chyrę. Może ta produkcja wpłynie pozytywnie na moje pierwsze kroki w wędrówce po współczesnej kinematografii, kto wie. Ponadto mam wielką ochotę zobaczyć Wałęsę - premiera 4 października. Dobry czy zły - na pewno będzie to film ważny, sądzę więc, że należy przekonać się o jego wartości osobiście.

W temacie seriali - wydawało mi się, że - po cliffhangerach w finale poprzedniego - będę czekać niecierpliwie na ostatni sezon How I met your mother; że będę chciała przekonać się, jak jeszcze można zrujnować fabułę Glee; że jakoś będę emocjonować się dalszymi perypetiami Jess i Nicka w New Girl... Tymczasem po tym, co zaserwowano mi w piątym sezonie Breaking Bad, wszystkie inne tasiemce wydają mi się miałkie i niewarte mojego czasu. Zdecydowanie najbardziej czekam na dwa ostatnie, finałowe odcinki BB, dzięki miłosierdziu producentów wydłużone do 75 minut. Kto oglądał, wie, o czym mówię, kto nie oglądał, powinien rzucić wszystko i zacząć zaraz po przeczytaniu tego postu do końca.

Który zbliża się nieubłaganie i tak naprawdę szczerze wątpię, czy któryś z Czytelników zabrnął w moich pokrętnych wywodach aż do tego miejsca. Nie jest to bowiem wywód w żadnym wypadku wartościowy, dotykam tylko kilku kulturalnych tematów, które jakoś wydały mi się ważne, a że nadeszły bezlitosne rainy days, wracam do pisania, które - jako jedyne - skutecznie ucisza burze wewnętrzne. To dobra terapia. Dziękuję, jeśli zechcieliście w niej uczestniczyć (jak jacyś duchowi masażyści). 

wtorek, 12 marca 2013

W związku z lekkim niedosytem, pozostałym (przynajmniej u polskich kibiców) po nieco leniwym i nudnawym obiadku w Lahti, mroźna, kapryśna, acz gościnna Finlandia postanowiła zaserwować nam pełną wyrazistych smaków potrawkę na wczesne kolacje u początku tygodnia. Dwa wieczory uczty dla prawdziwych smakoszów skoków narciarskich i atmosfery im towarzyszącej - palce lizać!

Co znalazło się na naszych talerzach?

1. SŁODKA BAZA 
Smak dominujący zdecydowanie: pierwsze w tym sezonie zwycięstwo pucharowe Kamila Stocha, odniesione w fantastycznym stylu godnym mistrza świata! Kiedy red. Szczęsny przed jego pierwszym skokiem jęknął lękliwie: ojej, naprawdę trudne warunki, krzyknęłam  przed telewizorem (hiperbolizując i wiedząc, że rekord skoczni wynosi 135,5 m) chrzań warunki, Kamil, leć 135 m!!! Na szczęście Stoch, zapominając o regułach rządzących poetyką, wziął moją przesadnię dosłownie i znokautował rywali. W zasadzie po tej pierwszej serii byłam już pewna, że nie odda prowadzenia (7,9 pkt przewagi nad drugim Freundem!). Co prawda wielu skoczków podkreśla, że woli gonić niż być gonionym, ale doświadczenie pokazuje, że Kamil do nich nie należy - jeśli prowadzi po pierwszym skoku, zazwyczaj nie daje sobie wyrwać zwycięstwa. Tak było i dziś, w drugiej próbie tylko udowodnił, że dziś skocznia Puijo należy właśnie do niego. Szóste zwycięstwo w Pucharze Świata, pierwsze na ziemi fińskiej - gratulacje!

2. SOS SŁODKO-KWAŚNY
Urodzinowy występ Dawida Kubackiego (wszystkiego naj z okazji 23. rocznicy przyjścia na świat!) zapowiadał się naprawdę imponująco - pierwszy, świetny stylowo skok na 126 m naprawdę robił wrażenie i dawał nadzieję na piękny prezent od samego siebie. Niestety, w drugiej serii nie udało mu się zbliżyć do tego osiągnięcia, w związku z czym zawody zakończył dopiero na 24. miejscu. Dokładnie odwrotnie potoczyły się dzisiaj losy Piotra Żyły - po przeciętnym pierwszym skoku wystrzelił w drugiej kolejce aż 129 m i awansował na 15. miejsce. Od kilku konkursów mam wrażenie, że nasz Złotousty za dużą wagę przywiązuje do ludowych porzekadeł typu pierwsze koty za płoty czy pierwsze śliwki robaczywki, a co za tym idzie - słabymi występami w pierwszej serii niweczy swoje szanse na naprawdę dobre wyniki. Miejmy nadzieję, że zmieni się to już niebawem.

3. ŁYŻKA DZIEGCIU
Mimo wspaniałego triumfu Kamila Stocha oraz niezłych występów Kubackiego i Żyły trener Kruczek wciąż ma nad czym myśleć. Na Puijo zupełnie nie powiodło się dzisiaj Krzysztofowi Miętusowi, zawiódł też Maciek Kot, puszczony przez Mirana Tepesa w naprawdę ciężkich warunkach, czego nie omieszkał podkreślić po wylądowaniu. (Kibice od lat podchodzą do tego różnie, mówcie co chcecie - ja lubię tych pukających się w czoło, ironicznie wznoszących kciuki do góry czy nawet, zdarzyło się to raz jeden, pokazujących środkowy palec. Dodają rumieńców i niezbędnej pikanterii tej jednak dość chłodnej dyscyplinie...) Należy się też chyba zastanowić nad zasadnością wożenia na Puchary Świata Stefana Huli, który, co prawda, do konkursów się kwalifikuje, ale z uporem maniaka okupuje ostatnie miejsca. Nie lepiej byłoby dać szanse młodym? Wicemistrzowi świata juniorów Klimkowi Murańce albo świetnie spisującemu się w Pucharze Kontynentalnym Jankowi Ziobrze? Miejmy nadzieję, że przed Planicą nastąpią lekkie roszady w składzie...

4. SUSZONE OWOCE
Zawsze na miejscu, zawsze mile widziane, zawsze tak samo smaczne i niestarzejące się - oczywiście, chodzi mi o fińskie legendy. Organizatorzy PŚ w Kuopio spisali się na medal i urządzili nam prawdziwy zjazd gwiazd, person najbardziej zasłużonych dla fińskich skoków narciarskich. Wczoraj tuż po kwalifikacjach najlepsi skoczkowie rozegrali charytatywny mecz w koszykówkę z drużyną Fińskich Legend - dochód przeznaczony zostanie na rehabilitację borykającego się z kontuzjami od wielu lat Janne Happonena i rozwój lokalnej sekcji juniorskiej. Na parkiet wyszli m.in. Toni Nieminen, Kari Yliantila, Mika Kojonkoski... Ten ostatni pojawił się też dzisiaj w gnieździe trenerskim, jak za dawnych, dobrych lat (zaczęłam spazmatycznie piszczeć, ułożyłam na jego cześć improwizowaną piosenkę i odtańczyłam tango Szeląga - pozdrawiam, DF! :D). Nagrody najlepszej trójce dzisiejszego konkursu wręczał Matti Hautamaeki. No i żeby nie było, że tego największego z wielkich zabrakło...

5. CHAŁWA
... Matti Nykaenen też tam był. Dlaczego chałwa? Bo niby smaczne, ale nie każdy lubi. Nie każdemu to pasuje i nie wiadomo, co o tym myśleć. Składnik dość konfudujący - z jednej strony, oczywiście, legenda skoków narciarskich. Zwycięzca 46 konkursów PŚ, zdobywca 4 Kryształowych Kul i multimedalista olimpijski. Ale z drugiej strony - symbol najbardziej chyba spektakularnej osobistej katastrofy w historii tej dyscypliny. Przehulany majątek, alkoholizm, rozboje, wreszcie - próba zamordowania własnej żony. Dlatego mam wątpliwości, czy wczorajszy gest z kwalifikacji (Nykanen machnął chorągiewką przed skokiem Gregora Schlierenzauera) ma tak pozytywny wydźwięk i tak czystą symbolikę, jak to się wydawało pomysłodawcom. Osobiście nie lubię chałwy.


Lekkostrawny fiński posiłek z wyraźnym polskim akcentem zdecydowanie rozbudził mój apetyt, toteż z niecierpliwością czekam na kolejne, tym razem norweskie danie. Rozpocznie się od czwartkowego podwieczorku - spotkajmy się przy nim, choćby wirtualnie!

Blogger templates

Obsługiwane przez usługę Blogger.
 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance