czwartek, 12 grudnia 2013

Nie będę udawać, że chce mi się dzisiaj pisać - po prostu okazja raczej tego wymaga, więc jeśli wybaczycie, zamelduję się i pójdę spać, a zaległości nadrobię w najbliższych dniach.
Otóż portal lubimyczytac.pl (propsy, ostatnio wygrałam tam książkę w jednym z konkursów - pisanie komciów w wolnym czasie popłaca, polecam, KL) uświadomił mi właśnie, że dziś czyje urodziny? No, no?
Gustava Flauberta!!!
A gdyby on się nie narodził, to nie byłoby Pani Bovary. A gdyby nie było Pani Bovary, to nie byłoby... no właśnie.

Wspomniany portal wybrał też idealny cytacik z PB, który pozwolę sobie przytoczyć, bo nie mam lepszego pomysłu na notkę.


[...] czyż może być coś milszego, jak siedzieć z książką wieczorem przy kominku, podczas gdy wiatr buje w szyby, a w pokoju pali się lampa? [...] Nie myśli się wówczas o niczym [...] i tak mijają godziny. Nie ruszając się z miejsca człowiek przechadza się po krajach, które widzi oczyma duszy, i fantazja wplatając się w baśń igra ze szczegółami lub biegnie za głównym wątkiem. I zdaje się nam, że sami jesteśmy bohaterami tych opowieści, że pod ich szatą biją nasze serca.


Moja odpowiedź na pytanie z pierwszego zdania jest tożsama z repliką zawartą w pewnym dialogu wprost z Kariery Nikodema Dyzmy. Mianowicie: I co, panowie? Może być przyjemnie bez wódki? NIE MOŻE.

Niedługo się tutaj pojawią jakieś treści, bądźcie wyrozumiali. Tymczasem happy Flaubert's birthday y gute Nacht.


sobota, 30 listopada 2013

Ostatnio pilnie uczę się włoskiego. W tym celu wstaję co tydzień o piątej rano, podziwiam Turkę wyglądającą o tej porze jak Wichrowe Wzgórza, słucham Pei przez całą czterdziestominutową drogę na uczelnię, po czym wypijam kawę i załamuję ręce: che noia, jak nudno!. Kiedy inni dukają odmianę być i mieć i nie potrafią pojąć, do czego to wszystko służy, my z Piotrem zachowujemy olimpijski spokój i wypełniamy zadania z kolejnych rozdziałów. W najbliższym tygodniu nauczymy się czasu przeszłego prostego i wyprzedzimy grupę o dwie jednostki. Samokształcenie. Moje rozbuchane, dygresyjne wstępy przerastające część zasadniczą kiedyś się zemszczą. Ale nic to. Wszystko to piszę tylko w jednym celu: żeby Wam z włoska, z pasją, gorąco, głośno, gestykulując i przeżuwając pizzę prosciutto zakomunikować, iż
la donna è mobile!
I ja również, jako donna, zmienną jestem, dlatego weekendowy po długim wypoczynku w kokonie przepoczwarza się w Panią Browary. Nie musicie być zachwyceni. Pani Browary też będzie molto molto mobile, czasem coś z siebie wyrzuci, czasem to będzie o skokach, czasem o języku, czasem o literaturze, filmie albo o niczym - albowiem chodzi ona w patchworkowych sukniach i lubi oglądać świat przez kalejdoskop. Co wyjdzie - zobaczymy. 

(Tak, odświeżam bloga w momencie, kiedy moja praca z romantyzmu liczy 0 (słownie: zero) stron, a deadline jest za dwa tygodnie. Pojęcie deadline'u dawno już nie miało tak dosłownego wydźwięku. W sumie to hehe.)

Dwa miniteaserki tego, co chciałabym napisać tu właśnie, na tym jasnym, w najbliższym czasie:

1) Próbowaliśmy z tatą rozkminić, jak po polsku brzmiałoby imię Jerneja Damjana. Rodziciel bardzo intuicyjnie rzucił, że może Jarek... Jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że Jernej to słoweńska wersja Bartłomieja... Jeszcze większe - popularnym skrótem tego imienia okazuje się Nejc; a więc Jernej Damjan i Nejc Deżman to po prostu dwa słoweńskie Bartki!

2) Nieco ponad miesiąc temu na Targach Książki w Krakowie nabyłam Miedzę Andrzeja Muszyńskiego - zbiór opowiadań w pewnym stopniu nawiązujący do Opowieści galicyjskich Stasiuka. O czym? Mówi się, że o prowincji; a według mnie raczej o wielkiej tęsknocie za rzeczami bezpowrotnie minionymi. Za zapachami, smakami, widokami dzieciństwa. Za wsią w dawnej, prawdziwej postaci, która dogorywa, skolonizowana przez mieszczuchów. Za innym spojrzeniem na życie. Na ostatnie momenty andrzejowych imienin jeden z licznych fragmentów przeze mnie zakreślonych:
Kupiłem ostatnio drogą lunetę i patrzę w niebo. Szukam w nim życia, bo tu go zabrakło.
Najlepsza książkowa inwestycja tej jesieni. O Tochmanie nie napiszę, bo zniszczył mi życie.


Nie będę się rozpędzać z tymi zapowiedziami, bo ich potem nie zrealizuję i co będzie, stanę się niewiarygodną autorką. Noł łej. 

Jeśli nie macie innych planów na najbliższe 24 godziny swojego życia, możecie je spędzić na przykład na http://24hoursofhappy.com/, gdzie znajduje się dobowy teledysk Pharrela do piosenki, która zainspirowała mnie do kilku ostatnich działań. Albo kupcie czapkę od Piotra Żyły - moja już w drodze do paczkomatu. Albo po prostu pomóżcie dzieciom przetrwać zimę - jutro zbiórka uliczna. Dobrej niedzieli, stay tuned!

wtorek, 8 października 2013

(Jeśli masz niski próg tolerancji dla grafomanii, nie czytaj tego tekstu. Nie będzie tu nic o Nike dla Joanny Bator, w zasadzie nie będzie tu nic o niczym. Nie pozdrawiam, bo jestem chora.)

***

Kosz stoi samotnie.
Stoi i jest prawdziwym symptomem jesieni, oznaką niezaprzeczalną i nie do obalenia. Gdyby był to chociaż kosz pełen jabłek, śliwek czy orzechów. Kosz wiklinowy, jeszcze próbujący uchwycić w ciasnych ciepłych splotach ostatnie podrygi lata, promienie wyższego słońca. Albo – jeśli to zbyt zuchwałe życzenie – kosz na śmieci niczym róg obfitości na miarę naszych czasów: żeby się z niego wylewały różnokolorowe papierki po Kit-Katach i Snickersach, po Lays'ach, prażynkach paprykowych i agreście w czekoladzie, szklane i plastikowe butelki z misiami z jednej, a kolorowankami z drugiej strony etykietki, artystycznie zdobione paczki po mentolowych papierosach (które miały zniknąć, ale zostają). Żeby było w nim życie, niezbity dowód na istnienie życia na przedmieściu. Żaden z tych koszów nie jest jednak koszem, który stoi. Ten – banalny i odrapany obiekt służący do uprawiania sportu, któremu posłużył nawet za podstawę słowotwórczą nazwy – nie jest pełen niczego poza obojętnością. Z racji swojej anorektycznej powierzchowności automatycznie wzbudza dreszcz, potęgowany jeszcze przez niesprzyjające warunki atmosferyczne. To, co było zaletą i swoistym magnesem jeszcze miesiąc temu – dobre proporcje, nienaganna figura, kolorowa siatka ze sznureczków jak naszyjnik zwieszająca się z obręczy i przywodząca na myśl boiska NBA – dziś już nie pociąga. W słońcu wszystko wygląda lepiej, ta modna chudość sprawia, że kosz staje się wtedy celebrytą, jest uwodzicielski i zabawny, rozchwytywany przez okoliczne dzieciaki wypełniające pustkę upartymi rzutami. Kauczukowa skóra piłki zmysłowo ociera się o tablicę, o chłodny metal okręgu stanowiącego centrum i kosz wie, że ktoś go dostrzega, ktoś go potrzebuje. Może i obszedłby się bez jego obecności, ale nawet nie próbuje – to musi świadczyć o pewnym przywiązaniu. Te idylliczne obrazki szybko tracą wyrazistość, by w końcu zupełnie się rozmyć. Wraz z krótszymi dniami smutnej pory na „j” nadchodzi arktyczne powietrze, złowroga wilgoć, katar, grube kurtki i dziesiątki zadań z matematyki na jutro. Bardziej zaborczy staje się ekran ciekłokrystaliczny, podczas letnich miesięcy zgodnie dzielący się zainteresowaniem młodzieży z koszem. Anemiczny, patykowaty stoi teraz jak niewidzialny między połową bliźniaka a pomalowanym na beżowo eleganckim domem z katalogu. Obnażony i upokorzony, tekstylna biżuteria została wszak przez praktycznych i zapobiegliwych graczy schowana głęboko w szafkach garażu gdzieś między słoikiem z gwoździami a silnikiem od odkurzacza, żeby powrócić w chwale najwcześniej pod koniec marca. Jedyną, choć marną, pociechą jest fakt, że i tak nikt tego nie zauważy – razem ze zmianą pory roku zmienia się zupełnie ostrość widzenia. Przygaszone jesienne kolory z niektórymi obiektami obchodzą się tak bezlitośnie, że zdają się one kompletnie zlewać z otoczeniem. Kosz mój samotny to jeden z takich mimowolnych październikowych kameleonów.
Stoi więc i będzie tak stał w szare popołudnie i w noc listopadową rzewnie płaczącą nad jego postępującym zanikaniem, które osiągnie swoje apogeum podczas ferii zimowych.
Przechodniu, powiedz tacie...

niedziela, 22 września 2013

Jest teraz dzień jakby kanciasty, pachnący papierem pakowym i drucianą siatką. Od tego zapachu umierają pszczoły. I wiem, że niedługo przyjdą kolory zamglone, sine, kolory ziarniste, sypkie i ruchome. Na razie jednak świeci słońce i ogarnia mnie strach, bo jesień jest zawsze oczekiwaniem na. Oczekiwaniem napiętym do granic możliwości z początkiem września, żeby wyschnąć, skruszeć i rozwiać się na wietrze pod koniec listopada.

Tak o panującej w naszej szerokości geograficznej od wczoraj porze roku pisze jedna z finalistek tegorocznej Nagrody Literackiej Nike, Kaja Malanowska. Patrz na mnie, Klaro! to dobra powieść, przede wszystkim pod względem językowym - przeplatają się w niej trzy, stylistycznie zupełnie od siebie różne, narracje, a każda z nich jest przemyślana i dopracowana. Zamętu nie ma, jest niepokój, niejasność, refleksyjność... Ze względu na tematykę wydaje się jednak, że ten utwór skierowany został przede wszystkim do kobiet - i z tego powodu w wyścigu po Nike wspieram kogoś innego. Ale nie o tym chciałam napisać. (W zasadzie - o tym też, ale w swoim czasie.) Nawiązując do powyższego cytatu - bardzo mnie urzekł, bo dawno nikt tak nie oddał mojego jesiennego stanu, nikt go tak dobitnie nie nazwał: oczekiwanie na - chciałam, jak rok temu, napisać, na co czekam. Spokojnie - tylko w dziedzinie kultury, innych oczekiwań uzewnętrzniać nie zamierzam.

Zacznę od literatury, bo na tym polu szykuje się kąsek szczególnie smakowity dla ludzi mojego pokroju, tj. dla psychofanów polskiego reportażu, a przede wszystkim Wojciecha Tochmana. Współpracując z przenikliwym fotografem Grzegorzem Wełnickim, od ponad dwóch lat uparcie przemierzał on Filipiny, jak zwykle stawiając - sobie, rozmówcom, przyszłym czytelnikom - pytania bez odpowiedzi. Efektem tej współpracy jest Eli, Eli, książka ponoć zarazem zupełnie inna, jak i łudząco podobna do opowieści z Ruandy czy Bośni. Premiera już 9 października. Po wakacjach spędzonych na nadrabianiu tochmanowych zaległości - wiem, że warto. W temacie reportażu zaś chwilę jeszcze pozostając - ciekawa jestem także innej, zbliżającej się do księgarń nowości spod szyldu Wydawnictwa Czarnego. Już w najbliższą środę wychodzi bowiem Wanna z kolumnadą - czwarte dziecko bodaj najbardziej przebojowego reportera ostatnich miesięcy, Filipa Springera. Jak sam twierdzi, porusza go kwestia polskiej przestrzeni i grzechów, które - na niej popełnione - zaowocowały kiczem, brzydotą i chaosem. Czy da się wyczarować fascynującą opowieść, bazując na mniej fascynującym temacie? Jeśli jest się Springerem, nie wątpię, że jest to możliwe. W moim przypadku o konieczności pochłonięcia tej lektury przesądził chyba jednak ten krótki filmik: powściągliwa radość autora. Miłość, serduszka, zachwyt.

Wydarzeniem literackim, w które po raz pierwszy realnie się zaangażowałam (ach, ten rok na polonistyce!), jest wspomniana już na początku Nagroda Literacka Nike, której laureata poznamy 6 października. Z finałowej siódemki przeczytałam pięć pozycji (nie udało mi się dorwać tylko reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej i pierwszego w historii komiksu nominowanego do Nike autorstwa Macieja Sieńczyka) i, mając taką bazę, z całego serca kibicuję Szczepanowi Twardochowi i jego Morfinie. Żeby się dobrze zrozumieć - nie umiem (i pewnie się nie nauczę) porównać takiej prozy z tomikiem poetyckim Justyny Bargielskiej, zaś pozostałe powieści (Noc żywych Żydów Igora Ostachowicza, Ciemno, prawie noc Joanny Bator i Patrz na mnie, Klaro! Malanowskiej) są naprawdę dobre, ale w każdej z nich szczególnie dobry okazuje się po prostu któryś element. U Twardocha zaś zachwyciła mnie całość - styl, język, temat, bohater, elementy świata przedstawionego. Wydaje się, że jest faworytem - ale różnie to z Nike bywa. Okaże się za dokładnie dwa tygodnie.

Żeglując po niespokojnych wodach tego tekstu, zawinę na chwilę do teatralnego portu - i choć wielką znawczynią tematu nie jestem, na deskach lubelskich ośrodków zawsze znajdzie się coś ciekawego. Pod warunkiem, że zacznie się szukać. Wczoraj zawitałam po raz pierwszy (i to od razu w charakterze współpracownika) do Czytelni Dramatu, która projektem jest nietypowym. Reżyser Daniel Adamczyk i jego aktorzy biorą na warsztat dramat współczesny i zajmują się czytaniem perfomatywnym. To coś więcej niż zwykłe czytanie, ale wciąż mniej niż zwykły spektakl - i chyba w tej przejściowości tkwi sekret atrakcyjności przedsięwzięcia. Jazz rosyjskiego dramaturga Konstantina Kostienki, niejasna sztuka ocierająca się o teatr absurdu, nabiera niezwykłej mocy czytana przez ludzi, którzy znają się na rzeczy. Nie znam dalszych planów Daniela, ale za co by się nie zabrał - czekam na to niecierpliwie. A z innych nadchodzących perełek - koniecznie chcę wybrać się na Lód w reżyserii Janusza Opryńskiego (premiera dzisiaj w Centrum Kultury). To sceniczna adaptacja powieści Jacka Dukaja o tym samym tytule. Akcja wydaje się ambitna każdemu, kto choćby widział tę książkę. I jej objętość. Przenieść przeszło tysiąc stron powieści political fiction na teatralną scenę - to musi być niezwykłe. Planuję przekonać się o tym na własne oczy podczas 18. Międzynarodowych Konfrontacji Teatralnych (w tym roku w dniach 12-19.10.)... ale czy niknąca w oczach zawartość portfela na to pozwoli? Zobaczymy.

Filmowo, jak wiedzą ci, którzy mnie znają, jestem kompletnym laikiem, chociaż wakacyjne miesiące nieco mnie zmieniły. Obejrzałam kilka dobrych, kilka zupełnie kiepskich filmów, a przede wszystkim - parę zwiastunów, zachęcających do wysupłania kilkunastu złotych na kino. Nie zamierzam jednak udawać, że się na tym znam, mogę co najwyżej podzielić się własnymi sympatiami czy wrażeniami. Najbardziej w tej materii, jak każdy lublinianin, czekam oczywiście na otwarcie Multikina przy Olimpie, zapowiadane na koniec października. Jutro z okazji poniedziałku i tańszych biletów w jednym z (póki co) dwóch lubelskich iluzjonów wybieram się na W imię... Małgorzaty Szumowskiej. Zawsze - chociaż nie wiem, jaka jest tego przyczyna - poruszał mnie temat homoseksualistów w filmie, a poza tym uwielbiam Andrzeja Chyrę. Może ta produkcja wpłynie pozytywnie na moje pierwsze kroki w wędrówce po współczesnej kinematografii, kto wie. Ponadto mam wielką ochotę zobaczyć Wałęsę - premiera 4 października. Dobry czy zły - na pewno będzie to film ważny, sądzę więc, że należy przekonać się o jego wartości osobiście.

W temacie seriali - wydawało mi się, że - po cliffhangerach w finale poprzedniego - będę czekać niecierpliwie na ostatni sezon How I met your mother; że będę chciała przekonać się, jak jeszcze można zrujnować fabułę Glee; że jakoś będę emocjonować się dalszymi perypetiami Jess i Nicka w New Girl... Tymczasem po tym, co zaserwowano mi w piątym sezonie Breaking Bad, wszystkie inne tasiemce wydają mi się miałkie i niewarte mojego czasu. Zdecydowanie najbardziej czekam na dwa ostatnie, finałowe odcinki BB, dzięki miłosierdziu producentów wydłużone do 75 minut. Kto oglądał, wie, o czym mówię, kto nie oglądał, powinien rzucić wszystko i zacząć zaraz po przeczytaniu tego postu do końca.

Który zbliża się nieubłaganie i tak naprawdę szczerze wątpię, czy któryś z Czytelników zabrnął w moich pokrętnych wywodach aż do tego miejsca. Nie jest to bowiem wywód w żadnym wypadku wartościowy, dotykam tylko kilku kulturalnych tematów, które jakoś wydały mi się ważne, a że nadeszły bezlitosne rainy days, wracam do pisania, które - jako jedyne - skutecznie ucisza burze wewnętrzne. To dobra terapia. Dziękuję, jeśli zechcieliście w niej uczestniczyć (jak jacyś duchowi masażyści). 

wtorek, 12 marca 2013

W związku z lekkim niedosytem, pozostałym (przynajmniej u polskich kibiców) po nieco leniwym i nudnawym obiadku w Lahti, mroźna, kapryśna, acz gościnna Finlandia postanowiła zaserwować nam pełną wyrazistych smaków potrawkę na wczesne kolacje u początku tygodnia. Dwa wieczory uczty dla prawdziwych smakoszów skoków narciarskich i atmosfery im towarzyszącej - palce lizać!

Co znalazło się na naszych talerzach?

1. SŁODKA BAZA 
Smak dominujący zdecydowanie: pierwsze w tym sezonie zwycięstwo pucharowe Kamila Stocha, odniesione w fantastycznym stylu godnym mistrza świata! Kiedy red. Szczęsny przed jego pierwszym skokiem jęknął lękliwie: ojej, naprawdę trudne warunki, krzyknęłam  przed telewizorem (hiperbolizując i wiedząc, że rekord skoczni wynosi 135,5 m) chrzań warunki, Kamil, leć 135 m!!! Na szczęście Stoch, zapominając o regułach rządzących poetyką, wziął moją przesadnię dosłownie i znokautował rywali. W zasadzie po tej pierwszej serii byłam już pewna, że nie odda prowadzenia (7,9 pkt przewagi nad drugim Freundem!). Co prawda wielu skoczków podkreśla, że woli gonić niż być gonionym, ale doświadczenie pokazuje, że Kamil do nich nie należy - jeśli prowadzi po pierwszym skoku, zazwyczaj nie daje sobie wyrwać zwycięstwa. Tak było i dziś, w drugiej próbie tylko udowodnił, że dziś skocznia Puijo należy właśnie do niego. Szóste zwycięstwo w Pucharze Świata, pierwsze na ziemi fińskiej - gratulacje!

2. SOS SŁODKO-KWAŚNY
Urodzinowy występ Dawida Kubackiego (wszystkiego naj z okazji 23. rocznicy przyjścia na świat!) zapowiadał się naprawdę imponująco - pierwszy, świetny stylowo skok na 126 m naprawdę robił wrażenie i dawał nadzieję na piękny prezent od samego siebie. Niestety, w drugiej serii nie udało mu się zbliżyć do tego osiągnięcia, w związku z czym zawody zakończył dopiero na 24. miejscu. Dokładnie odwrotnie potoczyły się dzisiaj losy Piotra Żyły - po przeciętnym pierwszym skoku wystrzelił w drugiej kolejce aż 129 m i awansował na 15. miejsce. Od kilku konkursów mam wrażenie, że nasz Złotousty za dużą wagę przywiązuje do ludowych porzekadeł typu pierwsze koty za płoty czy pierwsze śliwki robaczywki, a co za tym idzie - słabymi występami w pierwszej serii niweczy swoje szanse na naprawdę dobre wyniki. Miejmy nadzieję, że zmieni się to już niebawem.

3. ŁYŻKA DZIEGCIU
Mimo wspaniałego triumfu Kamila Stocha oraz niezłych występów Kubackiego i Żyły trener Kruczek wciąż ma nad czym myśleć. Na Puijo zupełnie nie powiodło się dzisiaj Krzysztofowi Miętusowi, zawiódł też Maciek Kot, puszczony przez Mirana Tepesa w naprawdę ciężkich warunkach, czego nie omieszkał podkreślić po wylądowaniu. (Kibice od lat podchodzą do tego różnie, mówcie co chcecie - ja lubię tych pukających się w czoło, ironicznie wznoszących kciuki do góry czy nawet, zdarzyło się to raz jeden, pokazujących środkowy palec. Dodają rumieńców i niezbędnej pikanterii tej jednak dość chłodnej dyscyplinie...) Należy się też chyba zastanowić nad zasadnością wożenia na Puchary Świata Stefana Huli, który, co prawda, do konkursów się kwalifikuje, ale z uporem maniaka okupuje ostatnie miejsca. Nie lepiej byłoby dać szanse młodym? Wicemistrzowi świata juniorów Klimkowi Murańce albo świetnie spisującemu się w Pucharze Kontynentalnym Jankowi Ziobrze? Miejmy nadzieję, że przed Planicą nastąpią lekkie roszady w składzie...

4. SUSZONE OWOCE
Zawsze na miejscu, zawsze mile widziane, zawsze tak samo smaczne i niestarzejące się - oczywiście, chodzi mi o fińskie legendy. Organizatorzy PŚ w Kuopio spisali się na medal i urządzili nam prawdziwy zjazd gwiazd, person najbardziej zasłużonych dla fińskich skoków narciarskich. Wczoraj tuż po kwalifikacjach najlepsi skoczkowie rozegrali charytatywny mecz w koszykówkę z drużyną Fińskich Legend - dochód przeznaczony zostanie na rehabilitację borykającego się z kontuzjami od wielu lat Janne Happonena i rozwój lokalnej sekcji juniorskiej. Na parkiet wyszli m.in. Toni Nieminen, Kari Yliantila, Mika Kojonkoski... Ten ostatni pojawił się też dzisiaj w gnieździe trenerskim, jak za dawnych, dobrych lat (zaczęłam spazmatycznie piszczeć, ułożyłam na jego cześć improwizowaną piosenkę i odtańczyłam tango Szeląga - pozdrawiam, DF! :D). Nagrody najlepszej trójce dzisiejszego konkursu wręczał Matti Hautamaeki. No i żeby nie było, że tego największego z wielkich zabrakło...

5. CHAŁWA
... Matti Nykaenen też tam był. Dlaczego chałwa? Bo niby smaczne, ale nie każdy lubi. Nie każdemu to pasuje i nie wiadomo, co o tym myśleć. Składnik dość konfudujący - z jednej strony, oczywiście, legenda skoków narciarskich. Zwycięzca 46 konkursów PŚ, zdobywca 4 Kryształowych Kul i multimedalista olimpijski. Ale z drugiej strony - symbol najbardziej chyba spektakularnej osobistej katastrofy w historii tej dyscypliny. Przehulany majątek, alkoholizm, rozboje, wreszcie - próba zamordowania własnej żony. Dlatego mam wątpliwości, czy wczorajszy gest z kwalifikacji (Nykanen machnął chorągiewką przed skokiem Gregora Schlierenzauera) ma tak pozytywny wydźwięk i tak czystą symbolikę, jak to się wydawało pomysłodawcom. Osobiście nie lubię chałwy.


Lekkostrawny fiński posiłek z wyraźnym polskim akcentem zdecydowanie rozbudził mój apetyt, toteż z niecierpliwością czekam na kolejne, tym razem norweskie danie. Rozpocznie się od czwartkowego podwieczorku - spotkajmy się przy nim, choćby wirtualnie!

poniedziałek, 4 marca 2013

Pojawiam się na chwilkę znów, bo dziś urodziny obchodziłyby dwie ważne dla mnie postaci.


(fot. Łukasz Kochański)

81 lat temu urodził się w Pińsku Ryszard Kapuściński. Od początku liceum był jakby nieoficjalnym patronem naszej dziennikarskiej klasy, jego nazwisko było odmieniane przez wszystkie przypadki, ale nic w tym dziwnego - to reporterski Mistrz. I można by pisać bez końca o biograficznych ciekawostkach i zagwozdkach, ale nie podejmę się tego zadania nie tylko z uwagi na zamierzoną zwięzłość tej notki  (cóż,  posypuję głowę popiołem i przywdziewam wór pokutny, mea culpa, od trzech lat mam na półce Kapuściński non-fiction Domosławskiego i nadal nie przeczytałam całości - wciąż czeka na swój czas). Jeśli istnieje jakaś kraina wiecznej szczęśliwości, jakiś Raj, to prawdopodobnie Panu Ryszardowi i Pani Wisi zdarza się czasem zasiąść razem przy jakimś wiekuistym smacznym trunku. Wierząc w łączność między światami, wznoszę dziś toaścik już nie za zdrowie Pana Ryszarda, bo to przestało mu być potrzebne jakiś czas temu, ale za jego pamięć i za jego obecność, którą przecież zaznacza ciągle swoimi książkami. 

Tym bardziej należy wznieść za toast za pamięć innej dzisiejszej jubilatki.
(fot. Wikipedia)

Bo wydaje się, że o niej zapomnieliśmy już całkowicie. Otóż 194 lata temu przyszła na świat Narcyza Żmichowska. Kto? - zapytacie. Dziś nawet dla studentów polonistyki często nazwisko to brzmi zupełnie obco. A tymczasem to od niej zaczyna się polski ruch emancypacyjny, a także tzw. literatura kobieca (szeroko pojęta i może niekoniecznie nacechowana negatywnie jak we współczesnym rozumieniu). Ciekawe, czy wojujące dziś w mediach feministki umiałyby coś powiedzieć o swojej (nie wiem, czy tak by to powiedziały, ale jest to prawdopodobne) protoplastce... Działalność Żmichowskiej wywarła dość istotny wpływ na późniejszą nieco twórczość Elizy Orzeszkowej (mnie źle czyta się ją samą, ale dobrze o niej - biedna Eliza doskonale zdawała sobie sprawę z niedociągnięć swojego warsztatu pisarskiego; odpowiedni cytat niestety gdzieś mi zaginął) oraz mojej kochanej Zośki Nałkowskiej, która między innymi na cześć autorki Poganki nadała bohaterce jednej ze swoich pierwszych powieści imię Narcyza. Na razie o niej samej wiem niewiele, spędzę z nią natomiast tegoroczną jesień (hejka, praco roczna) i nie omieszkam podzielić się  ze światem zdobytymi informacjami.

Także sto lat. Zbieg okoliczności (czyt. odtwarzaj losowo w iPodzie) sprawił, że cały dzień słucham dzisiaj przyjemnej piosenki również w klimacie urodzinowym:



PS - jeszcze jedna refleksja skoczna. Przy okazji brązowego medalu skoczków dużo mówi się o roli Thomasa Morgensterna, który zauważył błąd w liczeniu punktów i zgłosił go sędziom. Zdecydowanie, facet zasłużył na nagrodę Fair Play... ale mnie się wczoraj przypomniało, kto go nauczył tak szlachetnego zachowania! Otóż kochani - konkurs Pucharu Świata w Engelbergu, grudzień 2010. Adam Małysz prowadzi po pierwszej serii, drugi jest Morgi. Jak wiadomo, w serii drugiej skacze się w kolejności odwróconej, tj. prowadzący swój drugi skok oddaje na końcu. Przychodzi kolej Morgiego, gdy psuje mu się suwak od kombinezonu - nie może oddać skoku, póki nie skombinuje czegoś, czym mógłby spiąć materiał. Adam, chociaż wcale nie musi,  proponuje, że wbrew kolejności startowej skoczy pierwszy, żeby dać Thomasowi chwilę na ogarnięcie sytuacji sprzętowej. Dzięki temu Thomas nie tylko nie zostaje zdyskwalifikowany, ale też trafia przy skoku na lepsze warunki i wygrywa konkurs. Morał - wyświadczone innym przysługi wracają do nas prędzej czy później, naturalny obieg dobra istnieje! 

PS2 - Maciek Kot ma najwyraźniej ambicje zostać nowym Ahonenem, przynajmniej w zakresie mimiki twarzy: klik! Nie mam nic przeciwko, jeśli postanowi też pójść w jego ślady na drodze osiągnięć sportowych. Zaś sam Aho po raz drugi zamierza wrócić do skoków. Widać uważa, że wygrać Turniej Czterech Skoczni pięć razy - to za mało. Trzeba też zakończyć karierę co najmniej trzykrotnie.

niedziela, 3 marca 2013

Ci, którzy dobrze mnie znają, nawet bez rozmów w ostatnich dniach muszą się domyślać, jak wiele radości przysporzyły mi Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym w Val di Fiemme, a konkretniej: dwie małe, niepozorne, metalowe śnieżynki wywalczone przez naszych skoczków. Pierwsza - złota, słodka, wytęskniona, druga - brązowa, ale chyba jeszcze słodsza i bardziej wyczekiwana. Ech, polały się łzy me czyste, rzęsiste ze wzruszenia nie raz i nie dwa... Ale poza czysto narodowymi uniesieniami urodziło się w mej głowie kilka myśli o ogólnej sytuacji w skokach w tym sezonie. No, w zasadzie to kilkadziesiąt. Refleksję nad niewydolnością systemu punktowych rekompensat za wiatr i obniżenie belki zostawię sobie na następny raz, bo chyba opuchłyby mi opuszki od stukania w klawiaturę przez miliony linijek. 

Skokom narciarskim przyglądam się z z uwielbieniem i niezmiennym zainteresowaniem od lat dwunastu, czyli przez więcej niż połowę życia. Oczywiście, bardziej świadomie i z większą uwagą odbieram wszystko, co dzieje się na skoczniach i w ich okolicach od czasu, kiedy pierwszy raz było mi dane oglądać moich idoli na żywo - od Letniej Grand Prix w Zakopanem w sierpniu 2009. Tak czy siak, mam pewien obraz tego, jak sytuacja w tej dyscyplinie zmieniała się w ciągu ostatniej dekady, jak wyglądał układ sił dawniej, a jak wygląda teraz i zaprawdę, powiadam Wam - od kiedy ja się temu przyglądam, tak ciekawego sezonu chyba jeszcze nie było. I nie chodzi mi tu jedynie o świetną dyspozycję naszych skoczków, która rzecz jasna w sposób znaczący wpływa na nasz odbiór wydarzeń. Pojawia się jednak kilka innych, równie ważnych czynników.

Po pierwsze, w sezonie 2012/13 Puchar Świata to nie teatr jednego aktora. To nawet nie teatr dwóch czy trzech aktorów, bo do walki włącza się szerokie grono zawodników z wielu krajów. Z jednej strony, patrząc na statystyki, na liczbę zdobytych punktów w klasyfikacji generalnej PŚ i odniesione zwycięstwa, można uznać, że to sezon Gregora Schlierenzauera - w PŚ jest niezagrożony, podobnie jak w klasyfikacji wszech czasów pod względem liczby wygranych konkursów, gdzie chyba przez długie lata nikt go nie wyprzedzi. Ale ktoś, kto oglądał choćby kilka konkursów, wie, że nie mamy tu do czynienia z absolutną dominacją jednostki. Warto sobie przypomnieć początek sezonu i fenomenalną formę Niemców, świetne skoki Norwegów czy nadspodziewanie równą dyspozycję Słoweńców. Paradoksalnie, chociaż kandydat do wygranej w generalce jest już tylko jeden, w walce o poszczególne zwycięstwa nie ma stuprocentowych faworytów, co pokazały choćby FIS Team Tour czy Mistrzostwa Świata w Val di Fiemme. 

Co więcej, dokonująca się od kilku lat naturalna zmiana warty wchodzi właśnie w swoją dojrzałą fazę. Na szczytach klasyfikacji generalnej znajdują się zawodnicy, którzy przez wiele lat pojawiali się w Pucharze Świata, ale dopiero w ostatnich 2-3 latach dojrzeli do prawdziwego sukcesu. Ani się obejrzeliśmy, a dorośli nam zupełnie Jacobsen, Freund, Stoch, a Bardal i Kranjec to się nawet postarzeli. Juniorzy zaś i skoczkowie tuż po osiągnięciu wieku seniorskiego stają się powoli pierwszoplanowymi bohaterami skoczni (Schlierenzauer to inny przypadek, swoisty młodzieniec-starzec). Na podium PŚ pojawiają się częściej chłopcy młodsi ode mnie, Peter Prevc, Jaka Hvala, Andreas Wellinger, Stefan Kraft... Ta prawdziwa "stara gwardia", znana wszystkim z niedzielnych obiadów z początku małyszomanii, znacznie się uszczupliła i, co istotne, traci na znaczeniu. Ci, którzy pozostali - Amman, Loitzl, Kasai - wreszcie chyba na dobre przekazują pałeczkę nowym zawodnikom. W tym miejscu specjalnie piszę - nowym i nie zawężam tej kategorii do młodych, bo wielu z pokazujących się ze świetnej strony w tym sezonie skoczków znamy od dawna, ale do tej pory nie znaliśmy ich od tak przebojowej strony. Wystarczy spojrzeć choćby na Jana Maturę, który, będąc w ostatnich latach przyczajonym w dolnych rejonach tabeli tygrysem, w wieku 33 lat po raz pierwszy wygrał zawody Pucharu Świata i wielokrotnie meldował się w pierwszej dziesiątce. 

I wreszcie - sytuacja w rywalizacji drużynowej od wielu lat nie była tak zacięta i nieprzewidywalna. Austriacy, niepodzielnie królujący dotąd nie tylko na ważnych imprezach, ale i w poszczególnych konkursach Pucharu Świata, w Predazzo zdołali jeszcze odeprzeć ataki rosnących w siłę innych nacji, ale warto pamiętać, że to dopiero pierwszy konkurs drużynowy, jaki w tym sezonie udało im się rozstrzygnąć na swoją korzyść. W ostatnich latach pierwsza lokata była zawsze zarezerwowana dla OSV-Adler, a i pozostałe miejsca na podium udawało się zazwyczaj obstawiać trafnie, zaś ta przewidywalność skutkowała małą widowiskowością drużynówek. Teraz (nie ukrywajmy, także za sprawą naszych skoczków) nic nie jest w tych zawodach proste i przesądzone, gdyż drużyn z aspiracjami do podium mamy aż sześć (Austria, Niemcy, Norwegia, Słowenia, Japonia, Polska), a ich poziom jest na tyle wyrównany, że, chcąc sięgać po najwyższe laury, muszą dążyć do perfekcji, bo o kolejności po ośmiu skokach decydują niuanse, czego dowiodła drużynówka w Predazzo. Konkursy drużyn stały się naprawdę pasjonujące.

Jak w tej rzeczywistości odnajdują się Polacy? Po falstarcie na początku grudnia i podnoszących się zewsząd głosach o koniecznej dymisji trenera Kruczka od Engelberga powoli, acz skutecznie wracali na odpowiednie tory. Po raz pierwszy od lat pokazali się z naprawdę dobrej strony na Turnieju Czterech Skoczni, sprawiali radość kibicom w Wiśle i w Zakopanem, niejednokrotnie meldowali się w pierwszej dziesiątce, słowem - wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Spora grupa niedzielnych ekspertów mimo widocznych postępów nadal nie wierzyła w sukces polskich skoczków na najważniejszej imprezie sezonu. A jednak! Wreszcie zdarzyły się jakieś mistrzostwa, z których polscy sportowcy wracają z tarczą i bez akompaniamentu pocieszającej przyśpiewki 'nic się nie stało'. Bo stało się, wreszcie coś się stało, wreszcie wszystko zagrało tak, jak powinno. Trener Kruczek, wyważony, spokojny człowiek, nie mówił wiele w tym sezonie. Nie pompował balonika, ale też dobrze znał wartość swoich zawodników. Mimo krytyki, jaka od początku jego współpracy z kadrą spadała na niego lawinowo, konsekwentnie wykonywał swój plan i dążył do celu - do Mistrzostw Świata w Val di Fiemme. Teraz nie musi mówić już nic, mówią za niego wyniki jego podopiecznych.

Red. Burlewicz w swoim felietonie z piątkowego Przeglądu Sportowego pisze: "Triumf Stocha nie był wybuchem, raczej mozolną wspinaczką w górę. Kto wie, czy nie warto takiego osiągnięcia cenić nawet wyżej niż eksplozji talentu Małysza.". Nie odważyłabym się wartościować tych osiągnięć, ale Pan Redaktor słusznie dostrzega różnicę, którą trzeba moim zdaniem rozszerzyć na całą drużynę. Adam Małysz miał błysk i dynamit w nogach. Jego następcom może tego brakuje, może nie są tak utalentowani, ale równoważą to innymi cechami - jest w nich ogromna wola walki, pracowitość, ambicja i nieustępliwość. Stoch, Kot, Żyła i Kubacki mogą nie mieć małyszowej "Bożej iskry", lecz i bez niej, dzięki swojej solidności, wywalczyli trofeum, którego mimo wielu lat triumfów on nigdy nie zdobył - medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym. Pierwszy, historyczny i głęboko wierzę, że nie ostatni. Po sukcesach Małysza czekaliśmy (aktywnie) na systemową zmianę - zmiana się dokonała. Pozostaje nam tylko się cieszyć i z niecierpliwością oczekiwać zawodów skandynawskich i Planicy, gdzie w konkursie podsumowującym sezon, w którym udział bierze tradycyjnie najlepsza trzydziestka zawodników sezonu, po raz pierwszy w historii pojawi się co najmniej trójka naszych zawodników.  A już za rok...

Ho ho ho, zapewniam, będzie się działo!


piątek, 1 marca 2013

Jak ja mogłam zaniedbać mój blożek optymistyczny jak Opty Leonida Teligi? Jak mogłam o nim zapomnieć, zbagatelizować jego rolę w życiu Wiernych Czytelników, a tym bardziej - w moim własnym? To wszystko przez to, że polonistyka i praca zarobkowa w ogóle podkopały moją wiarę w pisanie dla przyjemności, a przecież to ono właśnie było sensem w bezsensie długich fragmentów żywota. Zadając sobie męczące pytanie o co mi chodzi? warto wspomnianemu zagadnieniu poświęcić trochę uwagi.

Z kolejną zatem porą roku 2013, roku zmian, obiecuję poprawę. Bo jest o czym stukać w klawisze, bo to najlepsza terapia. Stay tuned!

Blogger templates

Obsługiwane przez usługę Blogger.
 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance